piątek, 9 grudnia 2016

Rozdział trzeci: Poison

                Świst, cisza, świst, huk. Wokół rudowłosej dziewczyny, która bezwładnie gruchnęła o posadzkę, uniosła się chmura piaskowego kurzu. Aiko nie podnosiła się przez chwilę, uspakajając oddech oraz ocierając z twarzy brud i pot. W końcu z trudem wstała na trzęsące się od wysiłku nogi i spojrzała hardo na swojego mistrza, który opierał się o przeciwległą ścianę. Jego twarz wykrzywiał dziwny grymas, który zapewne miał być złośliwym uśmieszkiem, pełnym wyższości, ale z uśmiechem nie miał zbyt wiele wspólnego.
                — Już? Poleżałaś sobie? Może przynieść ci leżak? — zapytał kpiąco. Nie uzyskawszy odpowiedzi, dodał: — Zwiąż te skucie, bo następnym razem ci je wyrwę.
                Odetchnęła głęboko jeszcze raz i zmusiła się do uniesienia rąk. Ściągnęła z włosów gumkę i ponownie związała je w koślawy koński ogon. Przez cały czas milczała.
                — Jesteś do niczego — powiedział, po czym mruknął ciszej, już sam do siebie: — A mógł zabić.
                Drgnęła, słysząc jego słowa. Chociaż chciał zachować to dla siebie, nie zrobił tego wystarczająco cicho. A może wcale nie chciał. Czekał, aż jego protegowana coś powie, odszczeknie się, cokolwiek i wiedział, że chce to zrobić, bo już otwierała usta. Nie zdążył się tego dowiedzieć, bo przymknęła oczy i w sekundzie osunęła się na ziemię.
                Z bezbrzeżną irytacją nabrał powietrza w płuca, po czym wypuścił je z cichym świstem. Następnie podrapał się w głowę, setny raz tego dnia zapytał sam siebie, za jakie grzechy to wszystko i w końcu podszedł do bezwładnej dziewczyny. Nie wyglądała, jakby miała wrócić do rzeczywistości w najbliższym czasie, więc chcąc nie chcąc, musiał wziąć ją na ręce i odtransportować do jej własnego pokoju, gdzie kiedyś, za jakiś czas, powinna się obudzić.
                — Ale ty wiesz, że masz jej nie zamęczyć na śmierć? — Sasori zmarszczył brwi, słysząc czyjś głos. Od razu go poznał i zapominając o swojej nieprzytomnej uczennicy, odwrócił się w stronę jego źródła.
                — No dzięki za informację, nie domyśliłbym się — mruknął niezadowolony. Nie lubił, kiedy ktoś poddawał w wątpliwość jego metody treningu. — Jeśli coś ci nie pasuje, zawsze możesz zająć się nią sam. — Wzruszył ramionami na potwierdzenie swojego stanowiska, jakoby niezbyt zależało mu na dalszych treningach liderówny, jak to miał w zwyczaju nazywać ją w myślach.
                — Czemu wychodzisz z założenia, że cokolwiek mi nie pasuje? Jako twój przełożony chciałem tylko zwrócić ci uwagę, że bardziej lubię Aiko żywą, aniżeli martwą — wyjaśnił spokojnie lider.
                — A ty ją w ogóle lubisz? — odpowiedział pytaniem Skorpion z lekką nutą kpiny w głosie.
                — To była metafora.
                — Wybacz mi mój brak rozeznania w temacie.
                — Wybaczam.
                — Cóż za radość mnie przepełnia.
                Między mężczyznami zapadła cisza. Wpatrywali się w siebie, aż lider powiedział:
                — Zabiorę ją.
                Nie spotkał się z odpowiedzią Skorpiona, więc zamienił swój zamiar w czyn i chwilę później ciężkie wrota sali treningowej trzasnęły za nim.
***
                — Tak strasznie się cieszę, że cię widzę, córeczko — powiedziała uśmiechnięta od ucha do ucha pani Shidehara. Ściskała w dłoniach skrawek bluzki. Po tak długiej, bo aż czteromiesięcznej, rozłące z córką, nie potrafiła pohamować swojej radości. Nawet obcy mężczyzna, który pojawił się z nią, nie zmącił szczęścia Miwy.
                — Tak, ja też. W końcu udało mi się stamtąd wyjść — odparła dziewczyna.
                Do salonu zajrzał lekko już łysiejący Hachiko. Nie był zbytnio usatysfakcjonowany towarzyszem swojej córki, ale nie narzekał, jeśli była to jedyna możliwość, aby ich odwiedziła.
                — Napijesz się czegoś, kochanie? A pan, panie...? — Spojrzał na mężczyznę, oczekując, aby ujawnił swą godność. Nie przedstawił się nawet, co, według Hachiko, było przejawem arogancji.
                — Akasuna — mruknął Sasori. — Nie, dziękuję.
                Od kiedy tylko ujrzała swoich rodziców, nie przestawała się uśmiechać. Przez cały okres pobytu w Akatsuki nie było dnia, w którym by o nich nie myślała. Nawet obecność Sasoriego jej nie przeszkadzała. Zdążyła się już do niego przyzwyczaić. Nie było, oczywiście, mowy o jakiejś przyjaźni pomiędzy nimi, ale tolerancji. Sasori nie pokazywał tego po sobie, na treningach będąc chamskim, aroganckim i uszczypliwym, ale nie odczuwał w stosunku do swojej uczennicy przesadnego zniechęcenia. Jak na razie nie odzywał się zbyt wiele, w końcu jego misja polegała jedynie na pilnowaniu Aiko.
                — Ja napiję się herbaty, tej mojej ulubionej. Chyba jeszcze pamiętasz, tatku? — zapytała dziewczyna, puszczając ojcu oczko. Ten nie powiedział nic, jedynie szczerząc się dalej, wrócił do kuchni.
                Aiko wesoło gawędziła z Miwą. Opowiadała jej o Akatsuki, oczywiście tyle, ile mogła, pomijając w ogóle temat Madary Uchihy i przysięgi mu złożonej. Odpowiadała na zadawane pytanie: jak jej tam jest, jak ją traktują, gdzie mieszka i tym podobne. Nie śmiała poruszyć żadnego poważniejszego tematu, przynajmniej nie w obecności Sasoriego. Chociaż i bez niego nie powiedziałaby niczego złego, nie chciała jeszcze bardziej martwić matki. Nigdy nie zdarzyło się jej nazwać jej inaczej. Od początku całej tej pokręconej historii z Akatsuki wiedziała, że Konan i Pain nigdy nie będą jej rodzicami.
                Rozmawiały tak, a dziewczyna zastanawiała się nad jedną, dosyć ważną według niej, rzeczą. Od kiedy mieszkała w siedzibie Brzasku, nie tylko rodzice wypełniali jej myśli. Drugą osobą, która miała dla niej największe, zaraz po nich, znaczenie, przejmowała się równie często. I równie mocno pragnęła ujrzeć ją raz jeszcze. Miała wielką nadzieję, że w końcu zapuka do drzwi jej rodzinnego domu. Jednak minuty nieubłagalnie uciekały, zmierzając do końca odwiedzin, a utęskniony dźwięk nie rozbrzmiał w pokojach państwa Shidehara. Kankuro nie przyszedł. Nie zapytała o niego — nie chciała, by Akatsuki wiedzieli o ich znajomości, przynajmniej tyle mogła zrobić, aby zapewnić mu bezpieczeństwo, chociaż podejrzewała, że wiedzą o niej znacznie więcej, niż myśli. Mimo to wolała okłamywać samą siebie, że coś jeszcze może przed nimi ukryć.
                Powoli, najwolniej jak tylko mogła, wypiła herbatę. Kiedy kończyła, płyn był już zimny, co oznaczało, że wizytę przeciągnęła maksymalnie i trzeba było wrócić. Sasori sprawiał wrażenie, jakby w ogóle nie zwracał uwagi na to, o czym jego uczennica rozmawia z rodzicami, ale ona była pewna, że przyjmuje tylko taką pozę, uważnie przysłuchując się konwersacji. Aiko wydawało się, że ogląda cały salon z takim zapamiętaniem, jakby szukał jakiegoś skarbu.
                — Chyba czas się zbierać — mruknął Sasori, swoim głębokim ale i ładnym, przynajmniej według gustu córki lidera, głosem. Nie czekając na jej reakcję wstał i wyciągnął rękę do starszego mężczyzny. Po jej uściśnięciu, z galanterią pocałował jego żonę w wierzch dłoni. Małżeństwo i ich przyszywana córka byli w niemałym szoku, zwłaszcza po jego karygodnym zachowaniu na początku wizyty.
                — Poczekam na zewnątrz — poinformował dziewczynę i wyszedł.
                Stanęła naprzeciwko ojca i matki. Nie wiedziała, jak ma się z nimi pożegnać, nie mając pewności, kiedy znów się zobaczą, o ile w ogóle to nastąpi. W Akatsuki nawet kolejna godzina nie była pewna.
                W końcu ich przytuliła i przez chwilę nikt nic nie mówił. To do niej należało pierwsze słowo.
                 — Do zobaczenia — powiedziała, wtulając twarz w silne ramię Hachiko.
                — Oby jak najszybciej, skarbie – odpowiedziała Miwa. Jedną ręką gładziła ją po włosach, napawając się ostatnimi wspólnymi chwilami.
                Powstrzymując łzy, trwali w uścisku. Musiała wreszcie wyjść, czekał na nią Sasori. Wymienili jeszcze kilka zapewnień o staraniach o rychłe spotkanie i opuściła dom, w którym spędziła kilkanaście lat życia. Skorpion stał, opierając się o drzewo. Przypatrywał się ulicy swojej rodzinnej wioski. Jak na razie nikt nie przeszedł koło niego, więc nie wzbudzał paniki. Chociaż nawet jeśli tak by się stało i tak by się nie przejął. Być może nawet czułby się usatysfakcjonowany strachem, jaki wywołałby w potencjalnym przechodniu.
***
                — Szlag, zapomniałam płaszcza — przypomniała sobie Aiko, kiedy maszerowali korytarzem siedziby, zmierzając do gabinetu lidera. Byli już niemal pod drzwiami jego małego królestwa, czyli dosyć daleko od wejścia. Skorpion, widocznie załamany jej nieuwagą, nie powiedział nic, jedynie potarł skroń, jak robił zawsze, kiedy nie chciał czegoś komentować. — Proszę, wrócimy po niego?
                — Lider będzie wściekły. I tak już przesadziliśmy z czasem — odparł Akasuna.
                — Oj no, kilka minut nie poprawi mu humoru — powiedziała z uśmiechem. — Teraz, kiedy już nie suniesz w Hiruko, znacznie łatwiej się z tobą przemieszczać.
                — Nie przeginaj, młoda — mruknął i, chwytając dziewczynę za ramię, teleportował się z powrotem do wioski. — Poczekam tutaj, a ty leć i zaraz wracaj, żadnych pogaduszek.
                — Jasne, jasne, mistrzu.
                Szybkim krokiem przeszła przez ogródek, w którym wylądowali. Sprawdziła, czy tylne drzwi są otwarte i kiedy ustąpiły bez problemu, weszła do środka. Było nienaturalnie cicho. Nikt nie rozmawiał, radio w kuchni nie grało, ani telewizor w salonie nie wydawał dźwięków. Owszem, minęła dobra chwila od momentu, kiedy się pożegnali, ale nie myślała, że zdążą wyjść. Wydało jej się to podejrzane. Zwłaszcza, że zostawili otwarte drzwi, co raczej nie było w ich stylu; pani Shidehara przywiązywała wielką wagę do bezpieczeństwa małego, ale dobrze wyposażonego domu.
                Stawiając cicho stopy, przeszła do salonu. Widok, który tam zobaczyła, miał zostać w jej głowie do końca życia.
                Krew. Na panelach w salonie, na stole w jadalni i białym, puchatym dywanie. To pierwsze, co rzuciło jej się w oczy. Potem ciała. Dwa, rzucone na podłogę, zbroczone posoką i dziwnie powykręcane. Podniosła wzrok na zamaskowanych ninja, którzy stali nad zwłokami, nie okazując cienia skruchy. Po prostu byli tam i patrzyli. Spokojni, wyrachowani, bez uczuć.
***
                Czuję gniew tak silny, że rozrywa mnie od środka. Muszę coś z tym zrobić. Muszę pozwolić mu ze mnie ujść, inaczej mnie zabije. A zabić ma ich. Tych, którzy są jego powodem. To w nich jest skierowany. Co się dzieje z moimi oczami? Palą żywym ogniem. To ten przeklęty Rinnegan, to jego wina. Ale płynie z niego jakaś moc. Emanuję nią. Jest w moich rękach, nogach, w mojej głowie. Jestem silna. Zmiotę ich z powierzchni tego przeklętego świata. Zapłacą mi za to, co zrobili. Kto tak nieludzko krzyczy?
                To już? Nie wiem, co się stało. Tyle krwi. Nie pamiętam. Ktoś dalej krzyczy. Słabo mi. Chyba tracę przytomność.
***
                Stał już dobrą chwilę, kiedy usłyszał przeraźliwy wrzask i wybuch, jakby sam Deidara właśnie zdetonował jedną ze swoich zabawek. Ze złymi przeczuciami ruszył w stronę drzwi, w których zniknęła jego protegowana. Niemal od progu jego nozdrza zaatakował specyficzny zapach. Rozpoznał go od razu, w końcu już tyle razy go czuł. To, co zobaczył moment później, nie zrobiło na nim większego wrażenia. Właściwie, nie zrobiło żadnego. Nie był ani człowiekiem, ani amatorem, żeby pokój zbryzgany krwią i tkwiące wszędzie resztki ludzkiego ciała były dla niego jakimś szczególnie odrażającym widokiem. Wiedział jednak, że to wszystko jest jakieś podejrzane, dlatego w myślach szybko ocenił sytuację i bez zbędnego roztrząsania całej sprawy, wziął na ręce nieprzytomną Aiko i teleportował się do Akatsuki.
                Stojąc już przed gabinetem lidera pomyślał, że powinien może okazać jakieś zdziwienie. Zaraz jednak stwierdził, że nie jest kimś, kto udaje cokolwiek jedynie dla większej wiarygodności. Pain musiałby być śmiesznie naiwny, żeby podejrzewać go o mordowanie jakichś ludzi bez znaczenia. Wszedł bez pukania, przechodząc do biurka spokojnym krokiem. Pain już otworzył usta, by udzielić mu reprymendy, jednak zamknął je, widząc swoją córkę nieprzytomną.
                — Co się dzieje?! — zapytał podniesionym tonem, zanim Sasori wydusił z siebie słowo. Zachował absolutną powagę, choć miał ochotę się zaśmiać. Kto by pomyślał, że Pain tak się przejmie.
                — Kurwa, nie mam pojęcia. Wróciliśmy po jej płaszcz, poszła sama, a potem usłyszałem jakieś wrzaski i wybuch, poszedłem tam, a ona leżała nieprzytomna, na jakichś innych ciałach — wytłumaczył szybko.
                — Jakich ciałach? — Pomiędzy jego brwiami pojawiły się zmarszczki.
                — Tych starych, jej rodziców — odparł Skorpion, przewracając oczami przy ostatnim słowie. Położył dziewczynę na sofie.
                — Myślisz, że to ona ich zabiła?
                — Nie, wszędzie były flaki — mruknął beznamiętnie.
                — I co w związku z tym?
                — To, że oni byli cali? Mieli tylko poderżnięte gardła? — zapytał retorycznie.
                —Nie byłeś łaskaw o tym wspomnieć. Czyli ktoś ich zabił, a ona przypadkiem rozjebała tego kogoś? — wydedukował Lider.
                — Myślałem, że czytasz w myślach — mruknął Sasori. Pain puścił jego ironiczną uwagę mimo uszu i podszedł do córki. Uniósł jej powieki.
                — Widzisz to? — zapytał, wstając.
                — Co mam widzieć?
                — Uaktywniła pełną moc Rinnegana. Madara będzie nareszcie szczęśliwy — powiedział i wrócił na swój fotel.  — Kurwa — zaklął pod nosem.
                — I co się denerwujesz? Chyba o to chodziło.
                Lider przez chwilę nic nie mówił. Siedział w ciszy i, najwyraźniej, uporczywie nad czymś myślał. Jego towarzysz niecierpliwie czekał, stukając drewnianym palcem o podłokietnik krzesła, na którym uprzednio usiadł.
                — To dziwne — mruknął, a Sasori odpowiedział mu pytającym spojrzeniem. — Nie użyła Demonicznej Statuy Zewnętrznej Ścieżki. Pewnie jest za słaba — wyjaśnił. — Idź już, muszę pomyśleć.
                — Jasne — odparł marionetkarz i skierował się do wyjścia.
***
                Gdzie jestem? W piekle? Nie, chyba nie zdążyłam zrobić nic, by na to miejsce zasłużyć. W niebie? Nie, tam ponoć nie czuje się bólu. A ja czuję ogromny, w każdej części ciała. Chyba... Chyba straciłam przytomność. Co się stało? Nie dam rady się nad tym zastanowić, głowa mi pęknie. Chcę podnieść rękę, nie mogę. Chcę podnieść nogę, nie mogę. Unoszę powieki, ale nic nie widzę. Kim jestem? Już nie wiem. Muszę zasnąć, bo zwariuję.
***
                Odwrócił głowę, kiedy tylko się poruszyła. Był wyczulony na najcichszy dźwięk i czekał, aż w końcu się obudzi. Nie ukrywał przed samym sobą, że był ciekawy, co tak naprawdę się stało i czy dziewczyna przeżyje. Wstał i podszedł do sofy, na której leżała. Nic się nie zmieniło. W gabinecie rozbrzmiał odgłos uderzania o drzwi.
                — Wejść! — krzyknął przesadnie głośno, jakby w nadziei, że jego mocny, męski głos obudzi dziewczynę. Nic takiego jednak nie nastąpiło.
                Konan przestąpiła próg i, gdy tylko zauważyła swoją bezwładnie leżącą córkę, znalazła się obok niego z prędkością światła. Słyszał jej pytania, zadane zdenerwowanym, panicznym głosem, ale nie odpowiadał. Czekał, aż się uspokoi, a kiedy to nie dało efektu, uciszył ją machnięciem dłoni. Nie śmiała się mu sprzeciwić, więc na komendę urwała w połowie zdania. Zastanowił się, jak jej to przekazać i zaczął:
                — Jak wiesz, była z Sasorim u jej rodziców. Wróciła po coś, a ktoś ich zabił. Wściekła się i uaktywniła Rinnegana. Resztę pewnie znasz — wyjaśnił pobieżnie, niemal jakby mówił o pogodzie. Nigdy nie był dobry w delikatnym przekazywaniu wieści, a w dodatku niezbyt go to ruszało.
                Dalej nastąpiła cała litania wrzasków, krzyków, naprzemiennych wyrzutów i zatroskanych pytań. A lider jedynie stał i tępo wpatrywał się w kobietę. Powoli tracił cierpliwość i wiedział, że jeszcze jedno jej słowo, a wybuchnie. Od kiedy pojawiła się Aiko, Konan stała się nieznośna, a on tolerował to tylko przez wzgląd na to, co ich łączy. Chociaż sam nie wiedział, co takiego. Przyszła ta chwila, kiedy czara się przelała.
                — Czy ty możesz się wreszcie zamknąć? — wrzasnął. Czas skończyć tę błazenadę.  
                Konan umilkła. Nie pamiętała, aby zwracał się do niej w ten sposób, dlatego spełniła jego rozkazującą prośbę, wydaną tonem nieznoszącym sprzeciwu. Cała ta sytuacja była dla niej czymś nowym.
                — Słuchaj, do cholery. Albo się uspokoisz i przestaniesz zgrywać matkę-konoszankę, albo ona już nigdy się nie obudzi i nie obchodzi mnie, co zrobisz. Akatsuki to nie przedszkole, więc uszanuj to, co zrobiłem i nie wyprowadzaj mnie z równowagi bardziej, niż to konieczne — powiedział na jednym wydechu. Już dawno nie zdarzyło mu się tak wybuchnąć, ale już najwyższy czas, bo zauważył, że niektórzy przestali traktować go jak lidera.
                — Przepraszam, liderze — odparła po chwili milczenia. Wpatrywała się uporczywie w podłogę, bo zabrakło jej odwagi, by spojrzeć mu w oczy. Nie spodziewała się odpowiedzi i faktycznie jej nie uzyskała. Na cienkiej, białej kołdrze, okrywającej Aiko, pojawiły się dwie mokre, czerwone plamy. Podwinął rękawy bluzki dziewczyny. Zaklął pod nosem, przyglądając się dwóm nieprzyjemnie wyglądającym ranom. Usłyszał jak Konan wciąga ze świstem powietrze.
                Przez głowę przebiegła mu myśl, że może wypadałoby coś powiedzieć, ale zniknęła zbyt szybko, żeby coś z tym zrobił. Rzadko kiedy działał pochopnie i wybuchowo, a eksplozja, jaka nastąpiła zaledwie chwilę wcześniej, wyczerpała jego zapas emocji na najbliższy tydzień. Zabrał się za opatrywanie córki przy pomocy znalezionych w którejś z szafek jego gabinetu bandaży.
                — Kto jej to zrobił? — zapytała Konan, kiedy skończył. Cały czas stała nad nim, a jej twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Klęczał przy sofie tyłem do kobiety, a mimo to wiedział, jak wygląda. Nie był pewien czy tak dobrze ją znał, czy po prostu był bogiem, a bogowie mają to do siebie, że nie potrzebują wzroku, żeby widzieć. Tak, zdecydowanie to drugie.
                — Prawdopodobnie ona sama — odpowiedział. — Gdyby tak nie było, pewnie nie ropiałyby w takim tempie, to niemożliwe. Poza tym, nie widziałem ich wcześniej.
                — Ah. Tak. Miałeś takie same.
                Puścił tę uwagę mimo uszu. Nie lubił rozmawiać o przeszłości.
                — Madara jeszcze nie przybiegł? — zapytała.
                — Też jestem szczerze zaskoczony, ale nie, niestety jeszcze nie zrobił mi tej przyjemności — odpowiedział ironicznie lider.
                — Pozwól, że naprawię swój błąd.
                Madara bez ogródek wparował do pokoju, nie zadając sobie trudu, by zapukać. Z ironicznym uśmiechem rozsiadł się w fotelu Paina.
                — Całkiem spokojnie mogliśmy żyć z twoim błędem.
                — Dlaczego nie poinformowałeś mnie o tej wspaniałej wiadomości? Twoja córka może wreszcie przestanie być ofermą i zapłaci mi za swoje życie. Osobiście cieszę się bardzo — powiedział Uchiha.
                — Zauważyliśmy — mruknęła Konan. Przycupnęła na skraju sofy i trzymając rękę na głowie córki, obserwowała oboje mężczyzn.
                — Nie wtrącaj się, kobieto — odparł Madara, kładąc nacisk na ostatnie słowo. Wychodził z założenia, że kobiety stanowią podgatunek człowieka, pozostający pod zwierzchnictwem mężczyzn. Powinny ich wspierać, ułatwiać im życie, a nie wtrącać się, kiedy dwóch przedstawicieli rasy panów rozmawia. Niestety, przyszło mu żyć w społeczeństwie, które jego stanowiska nie podzielało. Owszem, poznał wiele kobiet, które wykazywały ponadprzeciętną znajomość sztuki ninja — a jedną z przodujących była według niego Konan — aczkolwiek nie uważał, aby w jakikolwiek sposób dorównywały jego płci. Tak, zdecydowanie był konserwatystą, i żałował, że czasy, kiedy ten pogląd panował powszechnie, bezpowrotnie minęły.
                Patrząc na Paina i Konan, zamyślił się na chwilę. Zastanawiał się nad tym, co kieruje ludźmi, że wiążą się ze sobą, w związki mniej lub bardziej formalne. Szczerze mówiąc, zastanawiał się od niemal zawsze. W niektórych przypadkach tłumaczył to sobie spodziewanymi korzyściami, jednak spotkał na swej drodze pary, które, z której strony by nie spojrzeć, na profity szans nie miały. I to stanowiło niemałą zagwozdkę dla Uchihy. Dobrowolne zgadzanie się na dzielenie życia z kimś innym, konsultowania z nim wszelkich spraw, a nierzadko znoszenie jego impertynencji, nie posiadało według niego absolutnie żadnego sensu. Uświadomił sobie w tej chwili, jakie to szczęście go spotkało, że dane mu jest być ponad takie przyziemne głupotki.
                Doskonale słyszał, co mówi Konan. Doskonale słyszał, co mówi Pain. Posiadał umiejętność zamyślania się w taki sposób, aby wyłączać się tylko pozornie. Nie był pewny czy to jakoś się nazywa, ale było to przydatne. Jego problem chwilowo polegał na tym, że nie miał najmniejszej ochoty im odpowiadać. To było zwyczajnie męczące. I bez sensu. Żył w przeświadczeniu, że nikt nie nadąża za jego tokiem myślenia i dzielenie się nim z kimkolwiek to jedynie marnowanie jego cennego czasu. Pain może i był tą wyjątkową osobą, z którą od czasu do czasu konsultował swoje plany, ale w końcu to on go stworzył. A dzieła Madary były genialne. Komuś, kto obserwuje ich z boku mogłoby się wydawać, że darzy tę dwójkę pogardą, ale tak nie było. Doceniał ich umiejętności, przebiegłość Konan i inteligencję Paina. Ale Uchiha po prostu taki był. Nie spoufalał się, bo i to było poniżej jego godności, jak sądził. A dlaczego? Bo spoufalanie się prowadzi do tworzenia więzi pomiędzy ludźmi. Madara nie tworzył więzi. To zbyt przyziemne. Możliwe też, że gdyby Konan była mężczyzną, bardziej by ją lubił. Mimo wszystko nadal uważał, że kobiety nie powinny stawać się ninja.
                — No jak to, co teraz? Pain, zadajesz głupie pytania — mruknął Uchiha, wtrącając się w rozmowę. Lidera i jego towarzyszkę to ani trochę nie zaskoczyło, byli przyzwyczajeni do jego nagłego wracania do żywych. — Jeśli przeżyje, to spłaci swój dług wobec mnie, a jeśli nie, to cóż, będę stratny — odparł, wzruszając ramionami.
                — Wolałbym jednak, aby się obudziła.
                — To nie koncert życzeń.
                Pain zamilknął na chwilę, uporczywie wpatrując się w Madarę. Westchnął cicho i powiedział:
                — Nie możesz czegoś z tym zrobić?
                — Nie mogę. Jedyne, co mogę ci doradzić, to żeby ktoś wlewał w nią czakrę. To zwiększy jej szanse na przeżycie — odpowiedział Madara i wstał. — Poinformuj mnie, jeśli coś się zmieni.
***
                Dni mijały, czas uciekał, zbyt szybko jak na gust Paina, a Aiko trwała w śpiączce. Codzienne sesje czakrą nie dawały widocznych efektów i lider Akatsuki powoli przestawał wierzyć w cudowne przebudzenie córki. Nie odważył się powiedzieć o swoich obawach Konan. Mimo że Aiko średnio go obchodziła, to nie mógł pozbyć się wrażenia, że jej śmierć zadziałałaby na niego negatywnie.
                Wkrótce Sasori zapukał do jego gabinetu. Wiedział, co chce mu powiedzieć. To już ten czas, kiedy nie będzie lepiej.
                — Wejść.
                Starał się nie patrzyć na marionetkarza, udając zaczytanego w jakiejś mapie. Nie dawał po sobie poznać, że wie o co chodzi, ale nie chce tego usłyszeć.
                — Myślę, że nie ma sensu dłużej jej trzymać. To grzanie trupa — powiedział bez ogródek Skorpion.
                — Skoro tak uważasz.
                — Przykro mi.
                — Wcale ci nie jest przykro, mnie też nie, więc przestań pierdolić — mruknął Pain, nie zaszczycając Sasoriego spojrzeniem.
                — Mam to zrobić?
                — Taa, otruj ją, czy coś.
                — Naprawdę nic nie czujesz? — zapytał Akasuna z lekkim zwątpieniem. Przez myśl przeszedł mu obraz dramatyzującej Konan. Poniekąd rozumiał lidera, to tylko dziecko, dziewczyna. Jeśli będzie chciał, zrobi sobie kolejne. Nie żeby wydawało mu się, że chciałby.
                — Jeśli przyszedłeś porozmawiać z kimś o uczuciach, to wybrałeś sobie złą osobę — odparł lider, podnosząc głowę i obdarzając mężczyznę drwiącym uśmieszkiem. — Może przestaniesz martwić się o moje uczucia i zajmiesz się tym, czym powinieneś?
                — Nie wyobrażaj sobie, że obchodzą mnie jakieś bzdury, jak emocje. To zbyt ludzkie — zaśmiał się Akasuna i czym prędzej wyszedł. Uznał, że rozmowa z Painem to strata czasu. Właściwie nie wiedział, dlaczego zadał mu to pytanie. A nie, jednak wiedział. Lubił obserwować zachowania ludzi, a Pain przejawiający jakieś uczucia to ewenement na skalę światową. Szczerze pragnął zobaczyć jeszcze jedną rzecz, a był nią cyrk, jaki odegra się, kiedy Konan dowie się o śmierci córki.
                Szybko odnalazł w swoim pokoju strzykawkę aptekarską z silną trucizną. Chciał mieć pewność, że zadanie zostanie wykonane w stu procentach. Nie zawahał się, kiedy usiadł na łóżku obok na wpół martwej dziewczyny i wbił w jej serce igłę. Odczekał jakiś czas, a kiedy ciało zaczęło stygnąć, wyszedł i zamknął cicho za sobą drzwi. Grzebanie zmarłych to nie była jego działka.
                — Zabiłeś ją — usłyszał za sobą. Odwrócił się.
                — Zabił ją Rinnegan.
               
                Och. A więc to już pięć miesięcy. Nie wierzę, jak to szybko zleciało. Głupio mi strasznie, bo robię takie przerwy, a potem się zastanawiam, dlaczego mało kto to czyta. Też nie chciałoby mi się czekać po pół roku na jeden rozdział. Jeśli jednak ktokolwiek tu jeszcze jest, to chciałabym powiedzieć, że mimo takich kolosalnych przerw, nadal chcę pisać tą opowieść, mam na nią plan i zapał do pracy nad tym. Nie będę gadać farmazonów, że matura, prawo jazdy, bo gdybym spędzała mniej czasu na spaniu, czy po prostu przeglądaniu tych wszystkich fejsbuków, kwejków i tym podobnych, to rozdział byłby dwa razy szybciej. Niestety, taka już moja uroda, piszę, kiedy najdzie mnie ochota i „wena”, nie lubię myśleć „kurde, muszę napisać rozdział, bo muszę i już”. Ma to być dla mnie przyjemność, nie przymus, więc mam nadzieję, że zrozumiecie i nie przestaniecie czytać z powodu takich przerw. Postaram się jednak trochę skrócić ten czas lenistwa :)
                Jeśli ktoś chciałby utrzymywać ze mną kontakt, czy być informowany o nowościach, zapraszam na moje konto Facebook (https://www.facebook.com/midori.kawanawa), gdzie macie możliwość napisania do mnie, zaproszenia do znajomych, czy zaobserwowania. Do kontaktu pozostaje jeszcze numer GG (44914500) i mail (midori.kiwashi@gmail.com). Proszę się nie krępować, bardzo chętnie porozmawiam z kimś o blogach i anime!

                Tym wszystkim, którzy skomentowali poprzednie rozdziały i czytają moje wypociny, serdecznie dziękuję i żywię nadzieję, że ponownie coś napiszą. Waszych opinii nie pozostawiam bez odpowiedzi, które dodam bezpośrednio pod komentarzami.
                Z mojej strony to wszystko, do napisania! :)