piątek, 29 lipca 2016

Rozdział drugi: Shame

                Madara kończył właśnie czytać kolejny rozdział książki, kiedy zegar wybił dziewiątą. Z cichym westchnieniem poirytowania, włożył między strony zakładkę i zamknął wolumin. Odłożył go na stolik, z którego wziął maskę Tobiego i założył ją na twarz. Niezbyt lubił ją nosić, ale nie miał innego wyjścia. Poza tym dodawała mu tajemniczości i pewnej grozy. Powolnym krokiem wybrał się w stronę gabinetu Paina. Przez całą drogę zastanawiał się, dlaczego godzi się na całą tę farsę. „Nie dość, że to bez sensu, to jeszcze poświęcam na to wszystko mój cenny czas. Pain i te jego debilne pomysły. Może nie tyle Paina, ile tej dziewuchy, która nim paskudnie manipuluje. I na co mi przyszło, nie po to prowokowałem śmierć Yahiko, żeby teraz się z nimi użerać” — pomyślał. Prowadził wewnętrzny monolog, póki nie stanął pod drzwiami swojego celu. Nie trudził się nawet pukaniem, wszedł od razu.
                W pokoju zobaczył to, czego się spodziewał — lidera siedzącego za biurkiem, Konan na małej sofie, a obok niej rudowłose coś. Madara nie umiał nazwać tego inaczej, bo coś było okropnie chude, rozczochrane, a zza burzy włosów spoglądało na niego Rinneganem.
                — I ona niby ma mi coś do zaoferowania? — parsknął prześmiewczo na dzień dobry.
                — Wydawało mi się, że masz trochę więcej klasy, Madara — odparła Konan. Zignorował ją i podszedł do biurka Paina. Zajął miejsce na fotelu, zdjął też maskę. 
                — A więc przedstaw mi swój plan, Nagato – powiedział, a ten drgnął lekko. Spokój nie zniknął jednak z jego twarzy, przysiągł sobie bowiem, że Uchiha za żadną cenę nie wyprowadzi go dzisiaj z równowagi.

                — Tak jak już mówiłem, wyszkolimy ją na zabójcę. Uwolnimy jej Rinnegana. Kiedy to już się stanie, jej moc będzie twoja. Proste? Proste — wyjaśnił lider.
                Cały czas czuł na sobie wzrok tej dziewczyny. Kiedy spojrzał jej prosto w oczy, nie odwróciła głowy, wpatrywała się w niego bez przerwy. W międzyczasie założyła włosy za uszy i teraz mógł przyjrzeć się jej dokładnie. „Wykapana Konan” – pomyślał. „Oby nie była taka denerwująca jak ona”.
                — A co jeśli, dajmy na to, ucieknie? Wyniesie nasze wszystkie tajne informacje do wiosek? Może mam karmić własną piersią zdrajcę, który po uzyskaniu solidnego treningu tutaj zwróci się przeciwko nam? Nie możemy na to pozwolić.
                — Uważasz, że nastolatka zwieje bandzie morderców? — mruknęła Konan.
                — To czysto hipotetyczne założenie.
                — Na taką okoliczność również się zabezpieczymy. Złoży ci przysięgę, która na zawsze przywiąże ją do ciebie. Czy takie wyjście cię satysfakcjonuje? — zapytał Pain, z przesadną uprzejmością. Starał się być miły i spokojny, w myślach wyobrażając sobie, w jaki sposób zamordowałby Uchihę.
                — Co? Jaka przysięga? — Matka Aiko była, lekko mówiąc, zdezorientowana. Nie było mowy, o żadnym przywiązaniu do Madary!
                — Wymyśliłem to dzisiaj w nocy i nie miałem czasu, by ci powiedzieć — Wzruszył ramionami. Bębnił paznokciami w blat biurka.
                Zacisnęła pięści. Miał mnóstwo czasu, by jej o tym powiedzieć, a mimo to nie zrobił tego. Doskonale wiedziała, że obawiał się, że się nie zgodzi. Dlatego postawił ją przed faktem dokonanym. Była wściekła, ale postanowiła się nie odzywać. Nie wiedziała, co może wpaść do głowy Madarze.
                — To całkiem dobry pomysł, Nagato — odparł Madara. Uśmiechał się cały czas. — Wyjaśniłeś wszystko swojej, ekhem, córce? Nie? To zrób to, Nagato. Zawsze może woleć śmierć od tego, co ją czeka.
                — Nie osiągniesz nic tym, że ją nastraszysz — warknął Pain. Postawa Uchihy doprowadzała go do szału. A tym bardziej zbyt częste wymienianie jego prawdziwego imienia. — Posłuchaj mnie teraz uważnie, Aiko. Posiadłaś, wbrew swojej woli niestety, naprawdę wielki dar. Rinnegan to nie jest coś, co możemy pozostawić ot tak. Dlatego, pomogę ci go rozwinąć. Tak samo, jak twoje ciało i czakrę. Zostaniesz członkiem mojej organizacji. O jej celach opowiedziałem ci już wcześniej, zanim przyszedł Madara. Wybacz, ale nie możemy zrobić nic oprócz tego. Rozumiesz, co mam na myśli — wyjaśnił pokrótce i zapadło milczenie. Wszyscy w pokoju wpatrywali się w dziewczynę, oczekując odpowiedzi. W końcu kiwnęła głową. Nie miała innego wyjścia.
                — I tyle? Jakoś mało uparta jesteś — zakpił Uchiha. — Coś czarno to widzę. Ale pamiętaj, pamiętaj o moich słowach, Nagato — mruknął i wstał. — Czas na przysięgę. Podejdź do mnie, dziewczyno.
                Aiko podniosła się z ociąganiem. Kolejny przerażający człowiek, co nie było znowu takie dziwne. Przewidywała to od momentu, kiedy Pain zaciągnął ją do tego miejsca. Poczuła, jak Konan ściska jej rękę i puszcza ją. Czuła się okropnie bezbronna. Pomiędzy trzema zupełnie obcymi osobami, w dodatku przynajmniej jedna z nich miała zamiar ją zabić. A być może i nie tylko ona. O ile Konan wykazywała jakieś przyjazne zamiary względem niej, to Pain był raczej neutralny, nic w jego zachowaniu nie wskazywało na to, że planuje zrobić jej krzywdę. Jedynie kilka razy przyłapała go, jak wpatruje się w nią nienawistnym spojrzeniem. Nawet na wspomnienie tego momentu przechodziły ją ciarki. O tak, lider Akatsuki zdecydowanie nie był sympatycznym człowiekiem. Teraz jednak patrzył podobnie na Konan, więc stwierdziła, że po prostu taki ma wyraz twarzy. Zastanawiało ją jeszcze jedno — kim, do licha, jest Nagato i dlaczego Madara tak do niego mówi?
                Zrobiła kilka kroków w stronę człowieka, którego zwali Madarą. Zdawał się emanować dziwną mocą. Pewnością siebie. Czymś zabójczym, co jednak przyciągało ją do niego. Ale również odrzucało, pragnęła zachować dystans, wszystko to składało się na wniosek, że jest niezwykle niebezpiecznym ninja. Stwierdziła to, już obserwując zachowanie matki i ojca.
                Widziała Uchihę pierwszy raz w życiu, ale już zdążyła wyrobić sobie opinię o nim. Był groźny, ale i wyniosły, dumny i, co najgorsze, złośliwy. Pasowało to do jego wyglądu — był przystojny, choć wyglądał jak gangster. Coś było w jego spojrzeniu i wyrazie twarzy, co sprawiało wrażenie, że jest nieprzyjemnym człowiekiem. I nic nie wskazywało na to, by było ono mylne.
                Ujął jej rękę. Wolną dłonią rozpiął odrobinę płaszcz i wyjął zza niego kunai, który zbliżył  do jej nadgarstka. Drgnęła wystraszona, jednocześnie próbując się wyrwać i cofając o krok. Trzymał ją jednak mocno, więc jedynie odchyliła się do tyłu.
                — Nie ruszaj się, dobrze ci radzę — mruknął cicho Uchiha. Przyłożył ostrze do jej skóry i z naciskiem przeciągnął niej. Rozcięcie natychmiast wypełniło się krwią, a kilka kropel spływało powoli po ręce dziewczyny. Syknęła z bólu, ale się nie poruszyła. Zbyt bardzo bała się w tej chwili.
                W międzyczasie Madara na ponów przyłożył nóż, tym razem do swojej ręki. Zrobił to samo, co wcześniej, a kiedy i jego rana nabiegła krwią, niezbyt delikatnie przyłożył ją do cięcia na skórze Aiko, krzyżując jej nadgarstek ze swoim.
                — Powtarzaj za mną: Ja, Aiko, przysięgam, zawsze wypełniać twoje rozkazy. Nigdy cię nie zdradzić. Dokładać wszelkich starań, aby rozwijać moje umiejętności — powiedział, patrząc jej w oczy. Rozejrzała się panicznie, jednak z żadnej strony nie uzyskała pomocy — Pain wpatrywał się w Madarę, unikając jej wzroku, a Konan jedynie kiwnęła nieznacznie głową.
                Cierpliwie powtarzała po nim słowa. Dodał coś jeszcze o lojalności, szczerości i wierności. Uświadomiła sobie, w jak wielkie bagno się właśnie pakuje, kiedy zakończył przysięgę pewnymi słowami:
                — Zgadzam się, by w przypadku złamania przeze mnie przysięgi, spotkała mnie śmierć.
                Powtarzając dotychczas mechanicznie zdania, teraz się zawahała. Nic nie zwiastowało, że Uchiha powie coś w stylu „Żartowałem” i wymyśli inną, lżejszą formę kary, więc musiała powiedzieć i tę część.
                W końcu zabrał swoją rękę i otarł rozcięcie o płaszcz, tak samo, jak i kunai. Schował go, wziął do ręki maskę i skierował się do wyjścia. Przystanął nagle.
                — Kto będzie ją trenował? — zapytał, odwracając lekko głowę.
                Pain podniósł wzrok znad biurka. Wpatrywał się w nie i analizował sytuację, a jednocześnie dokładał wszelkich starań, by Madara nie wyprowadził go z równowagi. Widocznie usilnie do tego dążył, nazywając go Nagato, czego Pain nie cierpiał. Kiedy słyszał to imię, zwłaszcza z jego ust, miał ochotę go rozszarpać tutaj, zaraz. Chociaż widział też wielki strach w oczach swojej córki, to nie ruszyło go to w żaden sposób. Była mu wręcz obojętna. Nie zrobił nic dla niej. Wszystko to robił dla Konan.
                — Ja i Sasori. Zajmę się Rinneganem, a Sasori nauczy ją walczyć — odparł szybko.
                Madara prychnął.
                — Nie. Rinneganem zajmę się ja. Już to postanowiłem. Dam ci znać, kiedy będę chciał zacząć. Wtedy przyślij ją do mnie, chyba się rozumiemy. A ty, Aiko — powiedział i zwrócił się do dziewczyny. — Pamiętaj o przysiędze. Shinobi nie puszcza słów na wiatr. — Położył dłoń na klamce. Nacisnął ją, uprzednio wkładając maskę i po chwili zniknął za drzwiami. W pokoju zapadła cisza.
                Stała, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Rana, którą zadał jej Madara, piekła i pulsowała nieznośnie, chociaż krwawienie już ustało. Kiedy przycisnął jej nadgarstek do swojego, ubrudził krwią skórę wokół rozcięcia. Usłyszała, jak Konan coś mówi do niej, ale dopiero po chwili dotarł do niej sens jej słów. Posłusznie wróciła na swoje miejsce obok niej. Nikomu nie spieszyło się do przerwania milczenia.
                — Pain? — zagadnęła kobieta. Dotychczas jej partner wpatrywał się dosyć tępym spojrzeniem w drzwi, które miał na wprost swojego biurka.
                — Słucham — odezwał się dopiero po chwili.
                — Jak wyjaśnić to reszcie?
                — Nie wyjaśniaj im nic. Jeśli będą pytali, odeślij ich do mnie. Gwarantuję ci, że tu nie przyjdą — mruknął. — A teraz zajmij się nią. Niech się trochę ogarnie. — Wyciągnął drugą szufladę biurka i chwilę w niej pogrzebał. Wydobył mały, srebrny kluczyk. Rzucił nim w Konan, która zręcznie złapała go w dłoń. — To jej pokój, zaraz obok twojego. Miej na nią oko.
                — To trochę nie w porządku — odparła, zakładając ręce na piersiach.
                — Skoro tak uważasz, to zrób co chcesz. Byle było dobrze — powiedział Pain i wzruszył ramionami. — Zresztą, moi podwładni to nie idioci, domyślą się.
                Wstała, pociągając za sobą córkę. Chciała już otwierać drzwi, kiedy nieoczekiwanie dobiegł ją głos lidera:
                — Ach, jeszcze jedno. Pod żadnym pozorem nie możesz nikomu powiedzieć o tym, co zaszło. Człowiek, którego tutaj widziałaś i zwracałem się do niego imieniem Madara, jest przez innych znany jako Tobi. Nie wolno ci ujawnić, co skrywa pod maską. Jasne? — zaznaczył. Kiedy potwierdziła, odesłał je skinieniem ręki.
                Powłóczystym krokiem szła za Konan. Nie zwracała uwagi na nic, była otępiała przez to, co się stało. Nie do końca wiedziała, czy tak po prostu zareagowała, czy to jakiś efekt tej przeklętej przysięgi. Wiedziała już, że jest przeklęta. Wyczytała to ze wściekłego spojrzenia matki i tego pełnego satysfakcji Madary. Gdyby tylko miała inne wyjście, oddałaby mu te oczy. Nauczyłaby się żyć bez wzroku. Czy kiedykolwiek nauczy się żyć z mordercami? Czy nauczy się sama nim być? Na to pytanie nie znalazła odpowiedzi. Kiedy kolejny raz przeanalizowała słowa, które powtarzała po Madarze, uderzyło w nią jej tragiczne położenie. Uświadomiła sobie, że musi się nauczyć. Musi stać się taka jak oni. Albo to, albo śmierć. Wybór należy do niej. W duchu zaśmiała się ironicznie. Taki wybór to żaden wybór.
                Na końcu korytarza znajdowało się dwoje drzwi — po jego prawej i lewej stronie. Konan wybrała te pierwsze i po chwili wyszły do przestronnego, jasnego przedpokoju. Można było pomyśleć, że to zupełnie inny budynek, taki normalny, jak domek jednorodzinny. Widziała drzwi wyjściowe, przez łuk w ścianie kuchenny stół, a i okna się znalazły. Wychodziło na to, że gabinet lidera był w piwnicy, a cele w podziemiach rodem z filmów o zamkach.
                Matka wprowadziła ją do dużo lepszego pokoju, niż ciasna cela, w której zamknął ją Pain ubiegłej nocy. Nie były to jakieś luksusy, ale poziom wyposażenia pomieszczenia całkowicie ją zadowalał. Starała się myśleć o takich błahostkach, jak chociażby kolor ścian, byle tylko odgonić wizje tego, co czeka ją w najbliższym czasie. I w dalszej przyszłości również.
                Przypuszczała, że ponura, szara barwa pokoju w końcu zacznie ją przytłaczać. Oczami wyobraźni widziała już, jak płacze w jednoosobowym łóżku o drewnianej ramie. Jak wtula twarz w początkowo świeżą pościel. Do swojej dyspozycji dostała także wąską, ale wysoką półkę z książkami, biurko i krzesło.
                Partnerka lidera szybko wyjaśniła Aiko podstawowe rzeczy, wskazała na łazienkę, przyłączoną do pokoju i miała zamiar wychodzić.
                — Nie przejmuj się tym tak, w końcu się przyzwyczaisz. Wszyscy się przyzwyczajają — powiedziała cicho.
                — Nie sądzę — odburknęła dziewczyna. Usiadła na łóżku i wpatrzona w pościel, gładziła jej powierzchnię.
                — Kwestia czasu. Na razie nie wychodź stąd sama, nasze pokoje połączone są wspólną łazienką, więc jeśli coś byś chciała, zapukaj. Rozpakuj się, niedługo wrócę i zabiorę cię na obiad.
                Konan, nie otrzymawszy odpowiedzi, wyszła. Dziewczyna została sama ze sobą i swoimi myślami, które jeszcze nie były tak przytłaczające, jak pewnie będą niedługo. Gdy tylko wyjdzie z szoku, trudno będzie się jej pozbierać.
                Zacięcie na nadgarstku zapiekło ją wściekle. Szarpnęła ręką i zobaczyła, że zagoiła się, ale wokół dawnej rany powstały czarne, podobne do tatuażu, łezki. „ — Cholera” — pomyślała. „Naznaczył mnie”.
                Rozejrzała się po pomieszczeniu. Jej wzrok zatrzymał się na torbie, którą ktoś rzucił pod okno. Podeszła do niego i wyjrzała na zewnątrz. Plan ucieczki szybko ukształtował się w jej myślach i zaczęła kombinować przy zamknięciu, by otworzyć sobie drzwi do wolności. Wtem poczuła tępy, okropny ból w skroniach. Pociemniało jej przed oczami, zachwiała się i upadła na podłogę, uderzając o nią głową.
                „Nie waż się uciekać” — usłyszała głos swojego ojca, obijający się o wnętrze jej czaszki. Wydawało się jej, że siedzi tam w środku i używa jakiegoś megafonu, tak huczało jej w głowie od zimnego tonu.
                Nagle wszystko się skończyło. Głos ucichł, widziała normalnie, a ból minął, jak ręką odjął. Potarła dłonią czoło i chwytając się parapetu, znowu stanęła na nogi. Nie miała już odwagi pomyśleć o ucieczce, za nic w świecie nie chciała przeżyć tego samego, co przed kilkoma sekundami. Stała w bezruchu jeszcze chwilę, z utęsknieniem wpatrując się w obraz za szybą. Ze swojego pokoju widziała jedynie kawałek zielonego trawnika, wysoki mur i niebo, w całości zasłonięte ciężkimi chmurami. Popielate, miejscami jasnoszare obłoki sprawiały wrażeni uginających się od kropel, które jeszcze z nich nie spadły. A i na nie w końcu przyjdzie kolej, deszcz bowiem padał nieprzerwanie, mocząc wszystko, co spotkał na swej drodze.
                W końcu zmusił się do uklęknięcia przy torbie i rozpięcia zamka. Przeklęła w myślach samą siebie, patrząc na niedbale upchane i pomięte ubrania. Pogrzebała między nimi i wyjęła przydużą koszulkę oraz dżinsy. Naraz uświadomiła sobie, że zapomniała o ręczniku i wstała z nadzieją, że znajdzie jakiś w łazience. Nie pomyliła się i, zanim weszła pod prysznic, włożyła do podstawki, przykręconej do ściany w kabinie, kostkę mydła. Wkrótce stała już pod kojącym strumieniem ciepłej wody.
***
                — Oddałeś swoją córkę diabłu? — zapytał Sasori, patrząc z pewnym rozbawieniem na lidera. Założył nogę za nogę i siedział rozłożony w fotelu.
                — Tylko tyle mogłem zrobić — mruknął Pain, biorąc łyk sake i przyglądając się jakiejś mapie. — Żebym się tym przejął, musiałoby mi zależeć na tej dziewczynie. Sam rozumiesz, w jak chujowym położeniu się znalazłem.
                Skorpion cały czas przypatrywał się swojemu przełożonemu. Z jednej strony był ciekaw powodów, dla których lider zdecydował się na taki krok, a znów z drugiej, bawiło go to wszystko. W duchu śmiał się z uległości wielkiego Paina wobec Madary i Konan.
                — Ale co ja mam z tym wspólnego? – zapytał, opierając rękę na podłokietniku i szczękę na dłoni.
                — Byłbym wdzięczny, gdybyś trochę z nią potrenował. Wiesz, jakieś podstawy walki. Nie wymagam nic więcej, bądźmy realistami — odparł Pain, przenosząc wzrok na rozmówcę. Nie spodobał się mu pobłażliwy uśmieszek na jego twarzy. — Tak bardzo ci do śmiechu?
                — Tak, głównie z powodu tego, jak bardzo dałeś się omotać. I Konan, i Madarze.
                — Daruj sobie.
                — Nie widzisz? Chciała tutaj waszej córeczki — jest, nieważne, jak wielki to problem. A na dodatek Madara dyktuje Ci zasady w twojej własnej organizacji. Cóż za ironia — wyjaśnił Sasori. Nagle stał się poważny, uśmiech zniknął z jego drewnianego oblicza. Bądź co bądź, byli z liderem kimś więcej, niż współpracownikami. Zdążyli się polubić, co wynikło z tego, jak dobrze się dogadywali. Wobec tego mieli luźniejsze stosunki, niż reszta Akatsuki ze swoim przełożonym.
                — Zajmij się tym, o co cię proszę. Nie ty jesteś tutaj od myślenia — odmruknął lider.
                — Jak chcesz — wzruszył ramionami w odpowiedzi, ignorując złośliwą uwagę. – Kiedy mam zacząć?
                — Kiedy chcesz, byle twoje treningi nie kłóciły się z treningami Madary — powiedział, pozornie od niechcenia, wracając do studiowania dokumentów. Nie chciał w tej chwili patrzeć na Sasoriego. Mężczyzna uniósł brwi, w geście zdziwienia, ale nie powiedział nic. Burknął coś niezrozumiałego pod nosem, co w domyśle miało być pożegnaniem i wyszedł.
                „Będzie musiał wyjść z Hiruko przy kimś innym, niż ja” — pomyślał lider, uśmiechając się złośliwie do siebie.
***
                Konan stała przy stole, co pozwalało jej patrzeć  z góry na siedzących członków Akatsuki. Wszyscy, którzy zebrali się w jadalni, wpatrywali się w nią — ktoś z zaciekawieniem, ktoś ze znudzeniem, a jeszcze ktoś inny z lekką irytacją. Kobieta, a właściwie lider na jej prośbę, ściągnął ich tutaj bez podania przyczyny. Kiedy jednak weszli do pomieszczenia, zdali sobie sprawę, że powodem całego zamieszania jest drobna, ruda i niesamowicie wystraszona osóbka, stojąca u boku Konan. Patrzyła tępo w blat, nie ośmielając się podnieść wzroku na kogokolwiek, kto przekroczył próg.
                — Dziękuję, że się pojawiliście – zaczęła kobieta. Przebiegła szybko wzrokiem po ludziach w jadalni. Coś jej nie grało. — Dlaczego nie jesteście wszyscy? — zapytała, marszcząc brwi.
                — Kisame i Itachi są na misji — odpowiedział zdawkowo Hidan, przeczesując palcami siwe włosy. Zawsze tak robił, kiedy był zniecierpliwiony. A teraz był, och, jak bardzo był! Chciał za wszelką cenę i jak najszybciej, dowiedzieć się, kim jest dziewczęcie, które przywlekła tu partnerka Paina.
                Nikt nie wiedział jednak, gdzie podział się Sasori. Mimo to, Konan podejrzewała, że ten już wie o wszystkim, miał bowiem za zadanie trenować jej córkę, dlatego też nie dociekała.
                — Chcę przedstawić wam Aiko. — Nieznacznie kiwnęła głową, wskazując na dziewczynę. Ta zaś była w tej chwili onieśmielona wbiła wzrok w drewno, przypatrując się jego fantazyjnym zawijasom. Czuła na sobie cztery pary oczu i w żaden sposób nie ułatwiało to sprawy. — Może już połączyliście fakty, a może nie, jest ona córką moją i lidera. I od teraz będzie jedną z nas. Proszę was, żebyście byli dla niej mili, a jeśli nie, to chociaż nieszkodliwi. To tyle — powiedziała najszybciej jak umiała. Zapadła cisza.
                — Kolejna gęba do wykarmienia — warknął Kakuzu, taksując dziewczynę swoim pustym wzrokiem. Stwierdził, że nie ma po co już tracić czasu w tym miejscu i wstał, ruszając do drzwi. Wkrótce zniknął w nich. Jeszcze przez chwilę słychać było jego kroki, najpierw na korytarzu, a potem na drewnianych schodach.
                Konan czekała, aż ktoś jeszcze coś powie. Nie doczekała się, członkowie Brzasku ograniczyli się do patrzenia na nią i Aiko.
                — To jakiś żart, un — powiedział w końcu Deidara. Miał tak miły i przyjemny dla ucha głos, że dziewczyna zaskoczona podniosła głowę. Jego wygląd tylko potwierdził jej pierwsze wrażenie, była zdziwiona, jak niewinnie i zwyczajnie wygląda ktoś, kto, bądź co bądź, jest mordercą. Gdyby nie kpina, wypisana na twarzy i szaleńczy błysk w oku, byłaby zdolna uwierzyć w jego dobrą naturę. Dosyć okrągła twarz, błękitne oczy i blond włosy wyglądały niemal słodko, zupełnie oderwane od reszty członków Akatsuki, których teraz zobaczyła. Spodziewała się właśnie czegoś takiego, tak ich sobie wyobrażała. Najstraszniejszym osobnikiem jednak wydał jej się Kakuzu. Choć nie widziała jego twarzy, zimna, oschła barwa głosu mężczyzny skutecznie wprawiła ją w przerażenie.
                — Zapewniam cię, że nie żartuję — odparła kobieta, patrząc mu prosto w oczy. Oczekiwała jakiejś ironicznej odpowiedzi, jednak ten tylko wstał i wyszedł.
                — Poupadaliście na głowy — mruknął na odchodne.
***
                Następnego dnia po feralnym spotkaniu w jadali, tuż po śniadaniu,  Aiko stała przed półką z książkami i przyglądała się ich grzbietom. Co jakiś czas którąś z nich wyciągała, aby przeczytać opis na okładce. Znalazła kilka pozycji, z którymi chciałaby się w najbliższym czasie zapoznać, co pewnie zrobi. W końcu co miała do roboty w Akatsuki?
                W końcu wybrała dzieło pod tytułem „Trening tai-jutsu” i kiedy usiadła na łóżku, opierając się o ścianę, zaczęła pobieżnie przeglądać książkę. Doszła zaledwie do jej połowy, gdy przerwał jej natarczywy odgłos uderzania knykciami o drzwi.
                — Proszę! — zawołała natychmiastowo, spodziewając się swojej matki. Jakież było jej zdziwienie, kiedy w pokoju pojawił się mężczyzna w pomarańczowej masce. Mimowolnie zacisnęła dłonie na ułożonej pościeli.
                Zamknął za sobą drzwi i ściągnął maskę ze swej twarzy, siadając na krześle przy biurku.
                — Musimy zacząć treningi — powiedział od razu. Był całkiem spokojny, a nie takiego zapamiętała go z gabinetu lidera. Oczekiwała kpiny, złośliwości, negatywnego nastawienia. Tymczasem sprawiał wrażenie, jakby było mu wszystko jedno. A może było?
                Mruknęła coś bliżej nieokreślonego. Nie wiedziała, jak się zachować, co powiedzieć. Madara wprawiał ją w zakłopotanie.
                — Chcę widzieć Cię na sali treningowej, powiedzmy, za pół godziny. Wolałabyś się nie spóźnić, uwierz mi — powiedział, wstając. Tym razem jego twarz przybrała kpiący wyraz, podobny do tego, jaki widziała w gabinecie ojca. Nie był to przyjemny widok. Mimo tego, że mężczyzna był dosyć przystojny, kiedy uśmiechał się w ten sposób, wyglądał przerażająco, niczym sadysta, znęcający się nad swą ofiarą. — Ubierz się też tak, abyś miała pełną swobodę ruchów i było ci wygodnie — dodał i skierował się do wyjścia. Nim zamknął za sobą drzwi, usłyszał głos dziewczyny:
                — Ej! Nie mam tu nawet zegara. Poza tym, jak mam trafić na salę? — zawołała za nim. Przez chwilę stał jeszcze do niej tyłem, ale w końcu się odwrócił.
                — Po pierwsze, to nie zaczyna się zdania od „Ej”, świadczy to o twoim paskudnym wychowaniu. Byłoby znacznie uprzejmiej z twojej strony, gdybyś zwróciła się do mnie po imieniu — mruknął, zakładając ręce na piersiach i uśmiechając się lekko. Nie był to znowu ten okropny grymas, ale szczery, ludzki uśmiech.
                — Nie wiedziałam, czy mogę się tak do ciebie zwracać — odparła.
                — Zawsze mogłaś powiedzieć „panie Madara”.
                — Zapamiętam.
                —Świetnie. Co do godziny i miejsca, Konan zaprowadzi cię o odpowiedniej porze. Chyba nie wyobrażasz sobie, że będę za tobą gonił — powiedział, znowu przybierając obojętny wyraz twarzy.
***
                Uchiha siedział na piasku sali treningowej, opierając się plecami o ścianę. Miał jeszcze maskę na twarzy, ale zdecydował, że kiedy tylko przybędzie Aiko, zamknie drzwi na klucz i pozbędzie się jej, w końcu niezbyt odpowiadał mu trening z nią.
                Już dawno zdecydował, że będzie on pokazowy — żeby uśpić czujność Paina. Sposób, w jaki miał zamiar przebudzić Rinnegana jego córki, był bardziej spektakularny, a na pewno szybszy i skuteczniejszy. Nie chciał myśleć, ile czasu musiałby poświęcić tej dziewusze. O ile kiedykolwiek udałoby się jej uwolnić swoją moc. Zaśmiał się złowieszczo w myślach. Och, jakżeż on uwielbiał swoje plany! Uważał, że był zaiste genialnym strategiem, a jeśli w grę wchodziło patrzenie na cierpienie innych ludzi, na drodze do pokoju, oczywiście, to był jeszcze bardziej pomysłowy.
                Z rozmyślań wyrwał go dźwięk naciskanej klamki i skrzypienie nienaoliwionych zawiasów. Podniósł wzrok na Konan, która przyprowadziła córkę. Popatrzyła na niego spod byka, mruknęła coś do Aiko i wyszła, zostawiając za sobą uchylone drzwi.
                Madara wstał i otrzepał płaszcz z pyłu. Jednym machnięciem ręki sprawił, że drzwi domknęły się z trzaskiem, a zgrzyt zamka oznajmił, że nikt nie zakłóci ich treningu. Dziewczyna spojrzała na niego z lekkim przestrachem, ale posłusznie podeszła bliżej.
                — Usiądź — powiedział, wskazując na podłoże.
                — Tutaj? — Zdziwiła ją propozycja Madary.
                — Już nie bądź taka ą, ę — odparł z rozbawieniem, sam kładąc swój szanowny, uchihowski tyłek na piasku.
                W końcu, chociaż wciąż patrząc na niego z powątpiewaniem, i ona spoczęła. Mężczyzna podrapał się z zakłopotaniem po głowie, myśląc, od czego zacząć.
                — Potrafisz koncentrować czakrę? — zapytał, choć spodziewał się odpowiedzi. Przecież musiała posiadać podstawową dla każdego ninja umiejętność. Jak bardzo się zdziwił, kiedy Aiko pokręciła przecząco głową, to wie tylko on sam. — Serio? Naprawdę? Jeśli to jakiś żart, to zapewniam cię, zupełnie nieśmieszny.
                Nie wiedziała co powiedzieć. Zawstydził ją fakt, że musiała przyznać się do tak wielkiej niekompetentności. Wcześniej nie zwracała uwagi, na swój wyjątkowy brak talentu do sztuki ninja, ale teraz, oddałaby wszystko, żeby w Akademii bardziej się przykładać. Zaskoczone spojrzenie Madary  wwiercało się w nią. Nie miała odwagi podnieść głowy i spojrzeć mu w oczy.
                — No co za kabaret — mruknął ironicznie i zaśmiał się do siebie. — Żałosne. Po prostu żałosne. To hańba. I dla ciebie, i dla twojego ojca.
                Odpowiedź córki lidera była dla niego ogromnym zaskoczeniem. Wiedział, że za dużo siły, to ona nie ma, ale żeby aż tak? Na chwilę zwątpił, że jego plan faktycznie wyzwoli jej Rinnegana, skoro nie potrafiła zrobić rzeczy tak łatwej i podstawowej. Szybko odzyskał jednak spokój, bo stwierdził, że może całą akcję trzeba będzie odwlec nieco w czasie, ale zadziała, tak czy inaczej. 
                Ostatnie słowa Madary sprawiły, że poczuła się niewyobrażalnie źle. Było jej wstyd, miała ochotę się rozpłakać. Ale już wcześniej obiecała sobie, że nie da mu tej satysfakcji i nie okaże słabości w ten sposób. Wiedziała, że nikt jej nie pomoże, a płacz i użalanie się nad sobą, wystawi ją tylko na jeszcze większe pośmiewisko. A takim już z pewnością stała się dla Madary, jeśli nie dla wszystkich członków Akatsuki, jakich spotkała.
                — Idź, zawołaj do mnie Sasoriego. Byle szybko — powiedział, odprawiając ją dłonią. Zauważył, że choć wstała, to nie ruszyła się z miejsca i wpatrywała się w niego z konsternacją. — No co?
                — Zgubię się. Zresztą, nie wiem, który pokój jest jego — odparła powoli.
                — Nie pogrążaj się i nie denerwuj mnie jeszcze bardziej — warknął. — Na piętrze, trzecie drzwi po lewej.
                Czym prędzej udała się do wyjścia. Nie chciała dłużej przebywać z Madarą, który, najwyraźniej, tracił cierpliwość. Miała nadzieję, że zanim wróci, zdąży ochłonąć.
                Szybko maszerowała długim korytarzem. Dotarła w końcu do kilku schodków, pokonała je i wyszła zaraz obok frontowego wyjścia z siedziby Akatsuki. Natychmiast skierowała się na piętro i stanęła w obliczu długiego przedpokoju, z szeregiem drzwi po obu stronach.
                Odliczyła trzecie wrota po lewej i zapukała słabo. Otworzyły się niemal natychmiastowo, choć zupełnie nie wiedziała w jaki sposób, skoro kiedy weszła, jedyna żywa osoba  w pomieszczeniu siedziała przy biurku, zbyt daleko od drzwi, aby podejść i wrócić.
                W pokoju panował półmrok, rozproszony jedynie przez blask  lampki, stojącej na wspomnianym już biurku. Powietrze było ciężkie, duszne i przesycone zapachem lakieru do drewna. Zauważyła, że w odróżnieniu od gabinetu lidera, tutaj zostało umieszczone okno, teraz zasłonięte grubą, czarną kotarą. Skupiła wzrok na niskiej, pokracznej postaci. Nie widziała jej twarzy, która została skryta pod czarną chustką. Była dosyć obszerna, co odznaczało się na płaszczu Akatsuki.  Zanim weszła, pewnie robiła coś z kawałkiem drewna, który przed nią leżał. Teraz jednak uniosła wzrok i świdrowała ją oczyma bez wyrazu.  Mężczyzna nie sprawiał wrażenia miłego. A więc to był Sasori? Wyobrażała go sobie właśnie tak, w końcu musiał pasować do reszty członków Brzasku. Chociaż zawsze mógł być ewenementem jak Deidara. Jego imię zupełnie nie pasowało do tego, co zobaczyła.
                — Hę? — mruknął gburowato. Głos miał głęboki i chrapliwy.
                — M... — zapomniała się na chwilę i urwała od razu, kiedy się zorientowała. — Tobi pana wzywa.
                — Gdzie? I nie jestem panem, tylko dla ciebie mistrzem Sasorim — odparł, patrząc na nią cały czas.
                — Na sali treningowej — wyjaśniła.
                Zamyślił się na chwilę, ale nie spuszczał z niej wzroku ani na chwilę.
                — Idź już, zaraz przyjdę — powiedział i wrócił do swojego drewna.
                Najwyraźniej rozmowa była skończona. Aiko odwróciła się na pięcie i, zamknąwszy za sobą drzwi, wróciła do Madary. Siedział w tym samym miejscu, w którym go zostawiła i sprawiał wrażenie, że nie poruszył się ani o milimetr. Nie zaszczycił jej spojrzeniem, kiedy weszła. Znowu miał na twarzy tę maskę. Podeszła do niego ostrożnie, cały czas mając się na baczności.
                — Przyjdzie za chwilę — zameldowała.
                — Idź do siebie, muszę z nim porozmawiać — mruknął ospale. Wyglądał na pogrążonego w rozmyślaniach.
***
                Minęło już trochę czasu, od kiedy ta obca dziewczyna zapukała do jego pokoju. Stwierdził, że może nie powinien kazać Madarze tyle na siebie czekać, kiedy sam tego nie znosił. Rzadko kiedy spóźniał się lub z czymś zwlekał, teraz jednak miał ku temu ważny powód  — był w trakcie tworzenia kolejnej lalki i nie mógł zostawić całej pracy rozgrzebanej. Był człowiekiem, który przeważnie nie odchodził od tego, co zaczął, póki tego nie skończył.
                Dokręcił ostatnią śrubkę i wstał. Otrzepał ręce, nacisnął guzik na lampce, wskutek czego otoczyła go ciemność. Podążył do miejsca, w którym czekał na niego Uchiha.
                — Zamknij na klucz — powiedział Madara na powitanie. Sasori spełnił jego wątpliwie proszącą prośbę i posunął do niego, zostawiając ślady na piasku.
                — Co ode mnie chciałeś? — zapytał, stając tuż obok niego.
                — Musisz się bujać w tej lalce? Mam do ciebie więcej zaufania, kiedy rozmawiamy twarzą w twarz — mruknął niezbyt zadowolony.
                — To samo mógłbym powiedzieć o twojej masce — odparł, wychodząc niezgrabnie z Hiruko.
                — Czekałem, aż przyjdziesz i zamkniesz drzwi. Wystawiłeś moją cierpliwość na niemałą próbę. — Zdjął maskę i przeczesał palcami włosy.
                — Siła wyższa. — Wzruszył ramionami. — Czemu akurat tutaj? To chyba nienajlepsze miejsce na poważne i tajne rozmowy.
                — Mój powód pewnie wyda ci się przyziemny i taki właśnie jest. Zwyczajnie, niezbyt chciało mi się stąd wychodzić. Po prostu — wyjaśnił. — Chciałem zacząć trening z córką lidera, ale to, co ta dziewczyna sobą prezentuje, przechodzi ludzkie pojęcie — warknął, po raz kolejny irytując się beztalenciem, jakim jest Aiko.
                — Aż tak? — zapytał Skorpion, unosząc lekko brwi. Lider go ostrzegał, ale nie miał pojęcia, co ta dziewczyna musiała zrobić — a raczej czego nie zrobiła — żeby rozdrażnić Madarę do tego stopnia.
                — Wyobraź sobie, mój drogi Sasori, że ona nie potrafi nawet koncentrować czakry — wyjaśnił, z ironicznym uśmiechem na twarzy.
                — Och. Przecież to potrafią dwunastoletnie dzieci po Akademii — zauważył mężczyzna o wyglądzie młodego chłopca.
                — Nie wszystkie, jak widzisz.
                — Chwila, w jakiej wiosce się wychowywała? — zapytał Akasuna. Wydawało mu się, że gdzieś, ktoś, już mu o tym mówił, ale za nic nie mógł przypomnieć sobie tej informacji.
                — W Sunie — odparł, wyczekując reakcji Sasoriego.
                — Naprawdę? Świat ninja schodzi na psy, a już na pewno moja była wioska — powiedział spokojnie, nie reagując nawet w połowie tak, jak spodziewał się tego Madara.
                — Też mi się tak wydaje. Dobra, koniec tego czczego gadania. Będziesz musiał ją tego nauczyć, inaczej nie będę mógł z nią pracować — wyjaśnił Uchiha.
                — Nie wiedziałem, że przypadnie mi aż tak trudne zadanie.
                — Cóż, nic na to nie poradzę.
                — Coś mi mówi, że masz w zanadrzu jakiś naprawdę paskudny plan — mruknął niezbyt zadowolony Sasori. Cokolwiek planował Madara, nie było to przyjemne.

                Odpowiedział mu jedynie złowieszczy uśmiech mężczyzny. 

8 komentarzy:

  1. Dobra! Po uporaniu się ze swoimi sprawami jestem, aby napisać ci pare słów.
    Cóż było trochę literówek, męskich, zamiast żeńskich odmian czasowników, gdy tematem była nasza córeczka. Musisz jeszcze raz sprawdzić rodział, albo nawet ja, jak tylko będę miała dostęp do laptopa, spróbuję cię naprowadzić na te rzeczy.
    ale dośc o tym.
    Hi, rozpoczyły się treningi, hi :3 Kurde uwielbiam Sasoriego. Uwielbiam go tutaj. I pewnie źle czuję, ale czuje jakąś przyszłą chemię pomiędzy Madarą, a rudą. No tak mi się przynajmniej wydaje.
    Pain mnie wkurza. Bardzo. Sasori ma rację, daje sobie każdemu pomiatać i tylko zgrywa takiego ważniaka przed innymi. No grrr...
    Konan, konan to taka mamusia.
    Ale Madara i Sasori <3 awcie.
    Jak ona może nie potrafić kontrolować chakry? XDD no jak Sasori weźmie ja w obroty to się będzie działo ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że coś napisałaś :) Obiecuję nadrobić czytanie u Ciebie.
      Teoretycznie od kilku miesięcy czekam na oddanie rozdziału przez betę... Chyba się nie doczekam. Będę musiała to sama sprawdzić, dziękuję!
      Sasori to jedna z moich ulubionych postaci i nie mogę pozbyć się z głowy jego wizerunku jako takiego przebiegłego człowieka-skurwiela. Cóż, taki już będzie :D
      Taa, Pain to moja pięta achillesowa... Nie mówmy o tym.

      Usuń
  2. Świetne♡.♡

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwaga: to będzie bardzo długi komentarz! ^^
    Wreszcie znalazłam wolną chwilę, więc jak pisałam, zaglądam. Dziękuję, że zaprosiłaś mnie na swojego bloga, bo mi się z automatu spodobał <3.
    Odnośnie tego, co napisałaś pod pierwszym postem, to aż się uśmiechnęłam, bo zrobiłam niemal to samo - usunęłam blog z zamiarem napisania tej samej historii od nowa, na znacznie lepszym poziomie niż początkowo, i wówczas opublikowania, ale przerwałam sobie te zamierzenia Adonisem, jednak później do nich wrócę.
    Opowiadanie podoba mi się bardzo i zarys fabuły jaki już teraz powstał prezentuje się ciekawie. Od razu ucieszyłam się widząc mojego ulubionego Uchihę, więc z miejsca wzięłam się za prolog. Na początku przestraszyłam się trochę, że może Aiko okazać się córką Madary, ale na szczęście nie zrobiłaś czegoś takiego. Bezduszny Pain lepiej pasuje na ojca porzucającego swoje własne dziecko, niż Uchiha, który zrobiłby krzywdę każdemu i zniszczył świat, byle jego młodszy braciszek był bezpieczny. W każdym razie kiedy Madara rozmawiał z Nagato, który obiecał dać mu moc kunoichi, wydawało mi się, że reakcja kruczowłosego wskazywała, iż cieszy go taki obrót sprawy, jakby sam to ukartował, a później wymusił sytuację, w której Pain zrobił dokładnie to, czego Uchiha chciał, ale nie wiedząc o tym i sądząc, że to jego własna decyzja. Później jednak, przed złożeniem przysięgi, wszystko się jakby odwróciło i albo zgrywał się przed samym sobą, albo to moje wrażenie było mylne. Zastanawia mnie też - i tu oplułam monitor - jakim cudem kunoichi nie potrafi koncentrować chakry? Przecież nie umiejąc tego, nie jest w stanie wykonać żadnej techniki, a w związku z tym wypełnić misji trudniejszej niż typowe dla rangi A łapanie kotów. Ciekawe jaki zareaguje jej ojciec, gdy dotrze do niego ta wieść xdd Ale nauczycieli będzie miała dobrych i seksownych, a jak będzie się obijać to zawsze może dostać po tyłku albo od tatuśka za przynoszenie wstydu, albo od któregoś z senseiów - i, mając tu na uwadze te kruczoczarne włosy bądź tęczówki w barwie czekolady, to pewnie nie bez przyjemności dla niej. Ciekawi mnie również jaką dokładnie władzę nad Aiko daje Uchisze pieczęć, którą ją naznaczył; mam nadzieję, że coś więcej o tym napiszesz. Oczywiście czekam na dalszy ciąg zarówno treningów, ale też i tego, jak będzie przez Akatsukowiczów traktowana, włącznie z Konan, która chyba sama do końca nie wie czego chce. W to, żeby Painowi się instynkt ojcowski uruchomił wątpię, bo przecież nie żyje i tylko jest sterowany przez kogoś innego, niemniej starcie Pain vs Madara byłoby doprawdy intrygujące.
    Jak zaznaczyłam na wstępie, rozpisałam się. Bo w ogóle bardzo niefortunnie się składało, gdyż od trzech dni przymierzałam się z napisaniem tu tego i ciągle nie miałam czasu. Ale wreszcie się udało. Na dalsze rozdziały czekam z niecierpliwością.
    Pozdrawiam i weny, weny życzę! ^^

    PS. Nie obrażę się, jeśli to olejesz i nie przeczytasz, bo długość nawet mnie straszy ;P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwielbiam długie komentarze, miód na moje serduszko!
      Cieszę się niesamowicie, że Ci się spodobał i z utęsknieniem czekam na coś nowego na Adonisie :D
      Jejku, my to jesteśmy chyba jakiś fanclub Madary :D
      Nieee, Madara i dzieci? Chyba nawet mi by to nie przyszło do głowy.
      Nie mogę Ci szepnąć ani słówka :D
      Tak, wiem, chciałam odejść od tego schematu Merysójki, a poszłam w kolejną skrajność, mea culpa.
      Oooo, myślę, że z tym dostawaniem po tyłku to całkiem spoko opcja xD
      Mnie to się bardziej wydaje, że Yahiko nie żyje, a jego ciało jest sterowane przez Nagato, więc w nim mogłoby się coś tam obudzić.
      Nie martw się, wszystko się rozwinie, mimo pewnych zdarzeń.
      Jejku, broń Boże, nie olałam Twojego komentarza! Przeczytałam go od razu, tylko nie było mi jakoś po drodze z odpisaniem... Wybacz, mam nadzieję, że się nie obrazisz.
      Dziękuję i również pozdrawiam!

      Usuń
  4. Witaj,
    Dziś jest dzień, w którym chciałem się rozpisać, ale widząc komentarz wyżej i P.S. zrobię to szybko ;D
    LBA u mnie dla Ciebie, nic nie płacisz, więc polecam skorzystać xd -> https://jestemtwoimbratem.blogspot.com/p/lba-3.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mimo wszystko chętnie przeczytałabym Twoją opinię :)
      Za LBA dziękuję i na pewno napiszę odpowiedzi.

      Usuń

Dziękuję za każdy komentarz! Wasze komentarze motywują do dalszego pisania :)