poniedziałek, 18 lipca 2016

Rozdział pierwszy: Monsters

Obrazy przelatywały przez jej głowę, tworząc swoistą karuzelę. Wielki głaz o nierównych krawędziach. Korytarze wydrążone w skale, pokryte obrzydliwym, zielonkawym śluzem, wilgoć na suficie. Woda w kątach pomieszczenia. Złowieszczy szmer czegoś, czego nie dostrzegła...
Obudziła się z wrzaskiem stłumionym przez poduszkę, do której się przytuliła. Podniosła się do siadu i otarła pot z czoła, przykładając do szybko bijącego serca dłoń. Na szczęście jest w domu, już wszystko w porządku. Nie wiedziała, skąd wzięły się w jej głowie obrazy ze snu, nigdy bowiem nie widziała nic podobnego.
Cała iluzja pękła jak szklana szyba, w którą ktoś uderzył pięścią. Wystarczyło, że chciała się wesprzeć i dotknęła zimnej, wilgotnej, kamiennej ściany. Od razu zrezygnowała ze wstania i zawinęła się szczelnie w szmatę, którą nazywać kołdrą byłoby na wyrost. Zresztą i tak nie znalazłaby nic w tych egipskich ciemnościach.
Nie miała żadnego pojęcia o godzinie. W małej klitce, gdzie ją wepchnięto, nie było okna, a tym bardziej zegara. Czuła się źle, tak źle, jak czuje się ktoś, kto został dosyć mocno uderzony. Było jej niedobrze, odczuwała wyjątkowo dokuczliwy ból w skroniach, wręcz tępy i pulsujący. Miała przeczucie, że nie zaśnie już ani na chwilę. Zresztą, obawiałaby się zapaść w sen. Będzie tu leżeć i leżeć, póki ktoś do niej nie przyjdzie. Jednak, czy to było oczywiste? Nie miała pewności, że nie zostawili jej tu na śmierć głodową. Chwilę później stwierdziła, że to niemożliwe i nielogiczne, czyż Pain nie mógł po prostu przyjść i jej zabić? Czemu miałby fundować jej tak okrutny koniec? W końcu nie zrobiła mu nic, by na to zasłużyć.
***
Dwójka młodo wyglądających ludzi siedziała naprzeciw siebie, po dwóch stronach biurka. Niewielkie światełko lampki rozpraszało mrok, oświetlając łagodnym, ciepłym blaskiem brązowe ściany gabinetu Lidera. Docierało również do kątów tegoż pomieszczenia, jednak nie było na tyle silne, aby dostatecznie oświetlić grzbiety książek na półkach regału. Pain rzadko kiedy włączał lampę wiszącą na suficie. Zdecydowanie wolał panujący półmrok, który sprzyjał wyciszeniu i pracy. Oraz wszelkim rozmyślaniom. Czasami, gdy nikt do niego nie przychodził, a on siedział tam przez dłuższy czas, nie wiedział, jaka jest pora dnia. Brak okien, wynikający z jego własnego życzenia, wykluczał dopływ światła słonecznego. Jedynym wyznacznikiem był niewielki zegar na ścianie, ale i na niego mało kiedy zwracał uwagę.
Dziewczyna po stronie „interesanta” wpatrywała się w swojego towarzysza, który z kolei w zamyśleniu pocierał czoło i zdaje się, nie poświęcał jej zbytniej uwagi. Sięgnęła dłonią do swojej twarzy i lekko podrapała w okolicach kolczyka pod dolną wargą. Ten nic nieznaczący ruch wyrwał Paina z letargu.
— Szczerze mówiąc, sam się sobie dziwię, że zrobiłem coś tak nierozsądnego — mruknął, przenosząc wzrok na Konan. Zwrócił uwagę na kwiat w jej niebieskich włosach, który codziennie był inny, jednak niezmiennie biały i papierowy.
— Nie możesz jej tam trzymać przez całe życie. — Kobieta sięgnęła do jego dłoni, spoczywającej na biurku, ale nie zdążyła zrobić nic więcej, bo zabrał rękę.
— Przecież wiem, nie musisz mówić mi oczywistych rzeczy. Powiedz lepiej, jak mam ją ochronić przed Madarą — warknął Pain.
— Może gdzieś ją ukryjmy? — zaproponowała. Skupiła się na jego twarzy. Powoli wodziła wzrokiem po obliczu, które znała, a jednak nie.
                To już nie był Yahiko. Chociaż teoretycznie Nagato posługiwał się ciałem dawno zmarłego przyjaciela, dokonał w nim jednej ważnej modyfikacji. Kolczyki, dużo kolczyków. Odbiorniki czakry skutecznie zmieniły ogólny wyraz twarzy mężczyzny. Jedyne, co łączyło go z przeszłością, to płomiennorude włosy.
                Długo zastanawiała się, dlaczego akurat jego ciało. Pozostałe pięć ofiar, które Pain zamienił w swoje ścieżki, nie miało aż tak symbolicznego znaczenia. Łączył je jedynie jakikolwiek związek z Jirayą, ich dawnym mistrzem. Kolejne nawiązanie do przeszłości. Może w ten sposób chciał na zawsze zatrzymać Yahiko przy sobie, oddać mu hołd. Dla niej samej oznaczało to jednak ból za każdym razem, gdy go widziała. Czuła, że utraciła obu przyjaciół bezpowrotnie. Nagato stworzył zupełnie nowego człowieka, transformując ciało Yahiko, a swój charakter wypaczając do granic możliwości.
Była ciekawa, co on czuje, gdy patrzy w lustro. Co czuje, kiedy myśli o ich wspólnej przeszłości. Wiedziała jednak, że mogąc poznać jego myśli, nie zniosłaby bólu, jaki w sobie skrywa. Bezsprzecznie, lider Akatsuki był najsilniejszą osobą, jaką znała, a być może, jaką znał świat. Niósł już od dłuższego czasu na swoich barkach niesamowity ciężar. Nie powinno jej to dziwić, bądź co bądź, był bogiem. Ale czy na pewno? Czy ona, Konan, wierzyła w jego boską rolę? Nie była pewna czy faktycznie tak jest, czy po prostu kurczowo trzyma się resztek tego, co zostało z sierot Ame.
Widziała, jak porusza ustami, jednak zatracona w swoich przemyśleniach, zupełnie nie miała pojęcia, co mówi.
— Mogłabyś mnie wreszcie posłuchać? Mówię i mówię do ciebie, a ty gapisz się na mnie, jakbyś nie wiedziała, kim jestem i co tu robię — krzyknął wreszcie, zirytowany mówieniem do ściany. Kobieta poruszyła się zdezorientowana.
— Bo nie wiem — szepnęła, widocznie niecelowo. Zaklęła w myślach, powiedziała bowiem nieopatrznie to, co powinna zostawić dla siebie. Na jej szczęście nie dosłyszał. — Wybacz, zastanawiałam się. Mógłbyś powtórzyć? — Szybko wróciła do tematu.
—  Uważam, że ukrycie jej gdzieś jest bez sensu. Madara i tak ją znajdzie. Ba, szybko wyczuje jej obecność w siedzibie. Dlatego też, gdyby był tej nocy na miejscu, mielibyśmy go i jego wpierdalanie się we wszystko na głowie już w tej chwili. A w ostateczności to i trupa Aiko. W sumie może nawet nie w ostateczności. — Dwa ostatnie zdania sprawiły, że Konan zacisnęła dłonie w pięści. — Chyba znalazłem wyjście z sytuacji — powiedział nieoczekiwanie, a jego oczy rozszerzyły się nieznacznie.
— Jakie? — zapytała, odzyskując cień nadziei. Pomysły Paina przeważnie były trafione.
— Musimy mu ją sprzedać.
— Słucham? — wydukała, unosząc brwi w geście bezbrzeżnego zdziwienia.
— Nie wiem, jak i jakim cudem przebudziła Rinnegana ot tak sobie, ale to doskonała karta przetargowa. Rozumiesz? Oddamy jej moc w jego ręce. Madara to Madara, uwielbia siłę i moc.
Zmarszczyła brwi w zamyśleniu.
— Wykorzysta ją do swoich celów. Zniszczy, zrobi z niej marionetkę. A kiedy przestanie być przydatna, zabije. Tego chcesz dla naszej córki?! — zadała pytanie podniesionym głosem.
— A może wolisz, żeby zabił ją teraz? Da nam to więcej czasu na obmyślenie logicznego planu.
— Musi być inne wyjście! — krzyknęła znowu Konan. Wpatrywała się w lidera ze szczerą nienawiścią. W tej chwili w zapomnienie poszło wszystko to, co do niego czuje. Całe to uczucie, dla którego jeszcze tu była.
— Wobec Madary jestem bezsilny — odparł. Nie chciał tego mówić. Nie chciał przyznać się do tego. I to rozsierdziło go do końca. — Wyjdź, Konan. I zastanów się, daję ci trzy możliwości. Albo przystajesz na mój plan, albo bierzesz to dziecko i wynosisz się. Nie wiem gdzie, nie wiem, czy uciekniecie przed Madarą. To już nie będzie moja sprawa. W ostateczności zostajesz w Akatsuki, a Aiko będę musiał zabić — stwierdził bez cienia wahania w głosie.  — Żadnej dyskusji — dodał, kiedy zobaczył, że kobieta chce coś powiedzieć.
— Jesteś potworem, Nagato — odparła, cofając się. Dotknęła dłonią drzwi.
— Nie da się ukryć — mruknął, wzruszając ramionami. — Nie odkryłaś nic, czego nie powinnaś wiedzieć już wcześniej. Idź, przemyśl moją propozycję. Radzę wrócić tu, zanim zjawi się Madara.
Bez słowa wyszła. Pain jeszcze na chwilę utkwił wzrok w złotawej klamce i wrócił do pracy. Analizował papiery, jednak nie szło mu to najlepiej, gdyż jego myśli wędrowały między trzema osobami. Sięgnął ręką do jednej z szuflad w swoim biurku, otworzył ją i wyciągnął paczkę papierosów leżącą na wierzchu. Obrócił się na fotelu i wziął z regału za sobą zdobioną popielniczkę, następnie położył ją na biurku, odsuwając kartki i karteczki. Wyciągniętą z połów płaszcza zapalniczką odpalił fajkę i się zaciągnął. Zastanawiając się nad swoją sytuacją pozornie bez wyjścia, zrzucił popiół do podstawki, czarnej ze złotymi ornamentami. Wypuścił dym nosem. I tak przez jakiś czas — zaciągał się, zrzucał popiół, wypuszczał dym, zaciągał, zrzucał, wypuszczał — póki nie wypalił papierosa do filtra. Wtedy zgniótł go w popielniczce i doszedł do wniosku, że nie wymyślił nic, co mogłoby pomóc.
„Dlaczego w ogóle się tym przejmuję?” — zapytał w myślach sam siebie. „Bo może zależy ci na Konan?” — odpowiedział jakiś cichy głosik w jego głowie.
Przemyślał taką opcję. Oczywiście, że zależało mu na Konan! Byli przecież przyjaciółmi. Razem przeszli przez piekło wojny, bólu i straty kogoś najbliższego. Rozumieli się doskonale, aż do tego momentu. Poróżniło ich coś, co było ich wspólnym interesem, owocem ich... Czego właściwie? Na to pytanie Pain nie umiał sobie odpowiedzieć i nie wiedział, czy kiedykolwiek będzie umiał. Nie był już szczeniakiem, który okłamywał sam siebie. Miał świadomość tego, że łączy ich niezwykła relacja. Stwierdził, że to coś pomiędzy przyjaźnią a miłością — za dużo na to pierwsze, za mało na drugie. Zbyt wiele razem przeżyli, zbyt wiele o sobie wiedzieli, a wreszcie zbyt wiele do siebie czuli, by jedynie się przyjaźnić. Z drugiej strony, o ile Konan była zdolna do miłości, to on nie. Kochał jedynie swoją wizję świata, jej się poświęcił i nie było już miejsca na kogoś dodatkowego.
Wobec swoich przemyśleń musiał się zastanowić, dlaczego tak traktuje Konan, skoro jest dla niego kimś ważnym. Już nawet nie chodziło mu o Aiko, do której nie czuł nic i zapewne już nie poczuje. A na pewno nie doświadczy przypływu ojcowskiej miłości. Przemyślał wszystko jeszcze raz i wniosek sam się nasunął. Choć niezbyt korzystny i przyjemny, musiał się z nim pogodzić. Jego zachowanie było pewnego rodzaju mechanizmem obronnym. Był pewien, że z Madarą nie ma najmniejszych szans, ale był bogiem. Nie mógł okazać słabości, nawet przy kobiecie, która widziała najgorsze momenty jego życia, a, jak wiadomo, najlepszą obroną jest atak. Zaczął gubić się w tym wszystkim. Jeśli on był bogiem, ale Uchiha był o wiele mocniejszy od niego, to kim był?
***
W czasie, kiedy lider Akatsuki analizował swój problem, osoba, która zaprzątała większą część jego myśli, maszerowała korytarzem siedziby. Stawiała ciche, acz zdecydowane kroki, zmierzając do drewnianych drzwi na końcu podłużnego pomieszczenia. Jej drogę oświetlały jedynie blaskiem świec wiszące na ścianach kandelabry. Przystanęła przed małą szafeczką. Pociągnęła za drzwiczki i zaczęła szukać odpowiednich kluczy. W końcu je znalazła, zdjęła z haczyków i schowała w kieszeni po wewnętrznej stronie płaszcza. Z wyjątkiem jednego, którym otworzyła drzwi, będące jej celem i wziąwszy z uchwytu pochodnię, postawiła stopy na kamiennych schodach.  
Schodziła ostrożnie, gdyż kamienie były obślizgłe i w każdej chwili mogła spaść. Kiedy znalazła się na dole, ruszyła przed siebie. Nie widziała za wiele, światło pochodni miało ograniczone pole zasięgu. Wydrążony w skale tunel był dosyć wysoki, zalegała w nim cisza, przerywana stukotem butów o podłoże.
Stanęła przed wrotami, które wyglądały na porządnie zrobione, co było logiczne, gdyż prowadziły do celi. Zaczerpnęła powietrza, włożyła klucz do dziurki i kiedy go przekręciła, drzwi ustąpiły.
***
Aiko wyrwał z zamyślenia chrzęst. „Oto i on. Wrócił, ojciec miesiąca” — pomyślała ironicznie. Podniosła się do siadu, odsuwając jak najdalej od drzwi. Nie chciała być bliżej tego człowieka niż było to konieczne.
Drzwi uchyliły się. Najpierw zobaczyła blask ognia, a potem kobiecą twarz. A także, wpatrzone w nią z niepewnością, oczy w kolorze bursztynu. W pierwszej chwili jej uwagę przykuły włosy przybysza. Czy były farbowane? Może nie? Bardziej od tego zdziwiło ją, że nie przysłali do niej jednego z bezdusznych morderców. Jednak, jaka była ona? Skoro była członkiem Akatsuki, musiała być taka sama jak oni wszyscy.
Obserwowała ją uważnie, gdy w ciszy wkładała pochodnię w metalową obręcz, która miała ją przytrzymać. A potem przemówiła.
— Witaj, Aiko — zaczęła zdecydowanym głosem. Po dawnej niepewności w spojrzeniu nie było śladu.
Dziewczyna nie odpowiedziała od razu. Nie miała pojęcia, jak się zachować. Wszelkie „dobry wieczór”, czy podobne zwroty, wydawały się jej wybitnie nie na miejscu, nieadekwatne do sytuacji. Nasuwały się jej na myśl jedynie stosy pytań i to niezbyt miłych, a nie miała w planach rozsierdzenia morderczej kobiety.
Konan odczekała chwilę, w nadziei na jakikolwiek odzew ze strony swojej córki. Nie doczekawszy się go, ale widząc jej bystre spojrzenie, kontynuowała:
— Rozumiem, jeśli nie będziesz chciała ze mną rozmawiać, ale musisz mnie wysłuchać —  stwierdziła kobieta. — Mam na imię Konan. Urodziłam cię. – Nie mogło przez gardło przejść jej słowo „matka”. Nie czuła się nią, a relacja między nią a Aiko była diametralnie różna od tej, którą zapamiętała z lat dziecinnych. W sumie, między nią i Aiko nie było nic. — Wiem, że zniszczyliśmy ci życie. Mam  świadomość tego, co teraz do nas czujesz. Jednak proszę, zrozum, że nie zrobiliśmy tego z własnego widzimisię. — Przerwała swój monolog, aby zaczerpnąć powietrza. Widziała w półmroku twarz córki. Dostrzegła swoje rysy, które dziewczyna po niej odziedziczyła, włosy zaś przejęła po Painie. Ciekawa była, kogo przypominała z charakteru. — Po prostu... Pewnie już wiesz, jaki potencjał w tobie drzemie. Nasza organizacja nie może pozwolić sobie na to, aby przejęły cię wrogie wioski. Wiem, jak okrutnie to brzmi. Takie są, mimo wszystko, realia i wszyscy musimy się z nimi pogodzić — skończyła i oczekiwała na jakąkolwiek reakcję ze strony dziewczyny. Ta jednak nic nie mówiła i dopiero po kilku, bardzo dłużących się minutach, odparła:
— Długo będziecie mnie trzymać w tej klitce?
Konan zdziwiła się lekko. Spodziewała się pytań o powody, dla których postąpili w ten sposób, wyrzutów czy czegoś podobnego. Domyśliła się, że jej partner nie potraktował dziewczyny w delikatny sposób i najpewniej porzucił tutaj, bez słowa wyjaśnienia lub chociaż zapewnienia, że wróci.
— Wybacz, że musisz spędzać tutaj noc. Jednak są pewne okoliczności, dla których takie kroki zostały podjęte. Jutro wszystko się wyjaśni — odpowiedziała, a w jej głosie słychać było nutę niepewności. Dziewczyna wzruszyła jedynie ramionami. Przez twarz Konan przebiegł ledwo dostrzegalny cień i wtedy Aiko coś ruszyło.
„Może nie powinnam zachowywać się w ten sposób. Z pewnością jest równie niebezpieczna, co Pain” — pomyślała. Stwierdziła, że lider nie wygląda na osobę, która do swojej organizacji przyjmuje członków na zasadzie znajomości. Zastanowiła się, jaki stosunek ma miejsce pomiędzy nim a Konan. Nie była w stanie wyobrazić sobie, że była lub jest to miłość.
— Co dalej ze mną będzie? — zapytała Aiko. Nie wiedziała, od czego zacząć, ale to pytanie wydawało się jej najważniejsze i, w sumie, najtreściwsze.
— Będziesz trenować, prawdopodobnie pod okiem lidera, by Twoje umiejętności wzrastały. Właściwe wykorzystanie Rinnegana, z jego pełną mocą, to trudna sztuka — odparła. Kłamstwo bez problemu przeszło jej przez gardło, w końcu tyle razy zatajała już prawdę. Dlaczego kłamstwo? Nie wiedziała, co dalej będzie. Nie wiedziała, czy dziewczyna dożyje następnego dnia. Tylko jak miała jej to powiedzieć? Wystarczająco dużo stresu zafundowali jej już na starcie tutaj. Nie chciała sprawić, że będzie siedziała tu jak na szpilkach, myśląc o całkiem prawdopodobnej wizji końca swojego życia.
Konan uśmiechnęła się pokrzepiająco do córki. Cały czas myślała o wyborze, jaki pozostawił jej Pain.
„Odejść?” — przecież nie może porzucić ich wspólnej wizji świata. Tego wszystkiego, co zostawił po sobie Yahiko. Chociaż była przepełniona złością do swojego partnera, doskonale wiedziała, że i jego nie opuści.
„Zostać?” — nie skaże swojej córki na śmierć, która nadejdzie prędzej czy później, lub na bycie zabawką w rękach Madary. Ostatnia opcja zdawała się jednak najrozsądniejsza i musiała to przyznać. Może Madara zginie? Marzenie ściętej głowy. Mimo to nie miała wyjścia, a pozytywne myślenie, to jedyne, co może ją teraz uratować od popadnięcia w obłęd. W jej myślach zapadła decyzja.
— Muszę już iść. Wrócę, kiedy tylko będzie coś wiadomo. Może coś ci przynieść? — Tylko tyle mogła na razie zrobić. Kiedy usłyszała odpowiedź przeczącą, wstała i pożegnawszy się z dziewczyną delikatnym uśmiechem, wyszła. Przy zamykaniu celi na klucz, westchnęła cicho.
***
Zerknął na zegar, wiszący na ścianie jego gabinetu. Złota wskazówka zbliżała się już do jednej z czerwonych cyfr na czarnej tarczy. Dochodziła druga w nocy, a on czekał, aż ktoś wróci i wreszcie się zdecyduje. Zagrożenie mogło nadciągnąć w każdej chwili, aby po wyczuciu obcej czakry wtargnąć bezczelnie do jego prywatnego pokoju, bądź ruszyć na spotkanie owej sile. Słabo wyczuwalnej, bo absurdalnie słabej, ale zawsze. Zachodził w głowę, dlaczego jego córka, która odziedziczyła niezwykłe Kekkei Genkai, jest aż tak pozbawiona mocy. Ten fakt wzbudzał w nim pewien wstyd, ale właściwie, to nie jego wina, że ci nieodpowiedzialni ludzie nie dopilnowali, aby przykładała się do pracy w Akademii. Chociaż, to może nawet lepiej. Wtedy szybciej przebudziłaby Rinnegana i mieliby nie lada problem. A tak zareagowali natychmiast i uchronili się od katastrofy. Jedyną przeszkodą teraz była ogromna ilość pracy nad dziewczyną.
Czuł, gdzie poszła Konan. Nie ruszyło go to, nie zamierzał jej zabraniać. Wiedział, że jest rozsądną osobą i nie zrobi nic głupiego. Miał jedynie nadzieję, że zdąży przyjść, zanim Madara wróci. Na szczęście chwilę później stała już przed jego biurkiem.
— Zdecydowałam — stwierdziła. Jej twarz miała spokojny wyraz. — Zróbmy tak, jak wymyśliłeś. – Zaufała mu. Cały czas mu ufała. Bezgranicznie.
— Świetnie. Nie mam pojęcia, kiedy wróci Madara, ale z nim porozmawiam, kiedy to nastąpi. To wszystko, dobrej nocy. Nie idź już do Aiko, może zadawać zbyt wiele trudnych pytań, a ja nie wiem, co z tego wszystkiego wyjdzie — odparł. W duchu ucieszył się z takiego obrotu sprawy. Obawiał się trochę, że Konan wybierze najgorszą z możliwych opcji — odejdzie z Akatsuki, sprowadzając na siebie i Aiko pewną śmierć.
Kiwnęła głową i odeszła do swojego pokoju. W tym czasie Pain postanowił udać się do łóżka. Odłożył pióro na biurko i ułożył równo stertę papierów, które włożył do półki za sobą. Chwycił w dłoń popielniczkę, w której były jeszcze resztki papierosa i strzepnął je do kosza, stojącego pod biurkiem.
Nosił się właśnie z zamiarem ściągnięcia płaszcza i założenia zwykłej koszulki, kiedy usłyszał niedosłyszalne dla innych pyknięcie. „Oho, wrócił, pan i władca” — przeszło mu przez myśl i z niezadowoleniem zapiął górne guziki płaszcza. Przeczesał palcami czuprynę i wyszedł, by zobaczyć Madarę, zmierzającego do drzwi prowadzących do cel, zapewne w ślad za nieznaną mu czakrą.
Mężczyzna odwrócił się.
— O co tu chodzi? — zapytał Madara. Utkwił spojrzenie w Painie i nie wydawał się zadowolony. 
  — Wejdź, musimy porozmawiać — odparł i kiedy Uchiha ruszył ku niemu, wrócił do gabinetu. Usiadł na swoim miejscu, uprzednio wyciągając z barku dwie czarki i butelkę sake. Nalał do nich trunku i natychmiast wziął jedną z nich do ręki.
Drugi mężczyzna zajął fotel po drugiej stronie biurka. Spojrzał na naczynie, pochwycił go i upił łyk. Spojrzał wyczekująco na lidera.
— Sprowadziłem tu Aiko. — Kompletnie nie wiedział jak zacząć. Stwierdził, że najłatwiej będzie prosto z mostu i od początku. Spodziewał się jakiegoś wybuchu, czy czegoś podobnego, ale Madara pozostał niewzruszony.
— Jesteś jak dziecko, Nagato. Mówi się do ciebie, żebyś czegoś nie robił, bo nie można, tłumaczy ci się dlaczego, ale ty i tak zrobisz po swojemu. Co chcesz tym osiągnąć, hę? Jak na razie się nie popisałeś, wręcz przeciwnie — odpowiedział, wyglądając na dosyć znudzonego. Jego wypowiedź rozsierdziła lidera, jednak udało mu się zachować spokój. Pominął nawet kwestię imienia, jakim się do niego zwrócił.
— Zanim zaczniesz mędrkować, może dasz mi opowiedzieć wszystko? — powiedział tylko i nie dając mu czasu na odpowiedź, kontynuował. — Stwierdziłem, że jej zabicie pozbawi nas materiału na silnego shinobi. Dlatego mam dla ciebie propozycję. Zrób z nią co chcesz, jej umiejętności są twoje. Ktoś z nas będzie ją trenował. Tylko pozwól jej tutaj zostać — zakończył i czekał w ciszy na decyzję.
Przyglądał się mu. Tym badawczym spojrzeniem, którego Pain tak bardzo nie znosił. Parę razy przyszło mu do głowy, że w grzebie w jego myślach. Miał też świadomość, że zastanawia się i podejmuje decyzję, więc nie reagował, tylko odpowiadał mu hardym, zimnym wyrazem twarzy. Jakże on  go nienawidził. Nienawidził człowieka, który, bądź co bądź, pomógł mu. Miał ku temu powody. Między innymi, jego paskudny styl bycia, spoglądanie na wszystkich i wszystko z góry. A przede wszystkim, wtrącanie się w sprawy jego organizacji. Chciał nią kierować rękami Paina. Nie mógł na to pozwolić.
— Niech będzie — mruknął po jakimś czasie. — Ale ostrzegam cię, że jeśli okaże się nieprzydatna, czy bez jakichkolwiek zdolności, pozbędę się jej  bez cienia wątpliwości. Pewnie sam już wiesz, jak słabą ma czakrę. Jaka sama jest słaba, chuchro.
— Tak, ale popracujemy nad tym. Zaraz, skąd wiesz jak wygląda? — zapytał, marszcząc brwi.
— Miałem na nią oko. Myślisz, że pozostawiłbym taki talent bez opieki? Czekałem, aby wrócić po to, co moje. — Zaśmiał się z pobłażaniem.
— Raczej moje — warknął Pain, nie wiedząc, o czym mówi Uchiha.
— Oczywiście — Denerwujący uśmieszek nie schodził z jego twarzy. — Chcę widzieć ją, ciebie i Konan tutaj, jutro. Powiedzmy o dziewiątej. — Wydał rozkaz i zniknął. Zwyczajnie rozpłynął się w powietrzu.
„Dupek” — pomyślał i wzburzony kontynuował czynność, którą zaczął przed pojawieniem się Madary. Traktował go z pobłażaniem za każdym razem, kiedy ośmielił się mieć inne zdanie. „Jeszcze trochę i odpłacę mu pięknym za nadobne”.



Pierwszy rozdział za mną :) Jak na mnie, to wyszedł trochę długi, mam nadzieję, że się nie zanudziliście. Takie rozdziały są potrzebne, żeby zrobić w miarę sensowne wprowadzenie do właściwej akcji ^^ Jeśli czytasz, to proszę, skomentuj. Będzie mi bardzo miło. 
Na dzisiaj to tyle, do napisania! Jeśli komuś byłoby wygodniej, to publikuję również na Wattpadzie.

4 komentarze:

  1. Bardzo fajna notka, czekam na więcej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Rozdział kolejny pojawi się w bliżej nieokreślonym terminie, wybacz ^^" Po prostu złapałam lenia.

      Usuń
  2. No witam. Rozdział przeczytany, zadowalający. Powiem ci, że charakter bohaterów jest niemal taki sam jak w anime. Naprawdę. No może poza Madarą, ale on mi się taki podoba. Fajnie, że robisz taką tragiczną parę z Konan i Paina. Lubię to, chociaż kiedy czytam to jedynie krzyczę w duchy, że no czemu on nie może być dla niej miły, no czemu???!! xD No ale właśnie takie coś wzbudza w czytelniku maksymalne uczucia. Albo przynajmniej u mnie.
    Heh, to że Konan zostanie, to wiadome. Ale ten wybór O.o To po kurde po cholerę ją tu sprowadzał. No wiem, wiem moc, ale kurde...
    — Wyjdź, Konan. I zastanów się, daję ci trzy możliwości. Albo przystajesz na mój plan, albo bierzesz to dziecko i wynosisz się. Nie wiem gdzie, nie wiem, czy uciekniecie przed Madarą. To już nie będzie moja sprawa. W ostateczności zostajesz w Akatsuki, a Aiko będę musiał zabić — stwierdził bez cienia wahania w głosie. — Żadnej dyskusji
    Niby daje jej trzy możliwości, ale tak naprawdę tylko dwie. Mały oszust xddd
    Czekam na dwójeczkę :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej :3 Och, cieszę się. Kurcze, nie mogę sobie wyobrazić innego Madary, niż właśnie takiego pewnego siebie, denerwującego na około wszystkich dupka, no naprawdę.
      Wydaje mi się, że ta para nie ma szans na szczęśliwy koniec, to jest właśnie ich tragizm. Może nie tyle przez Konan, bo tu mimo woli zrobiłam z niej taką, ekhem ekhem, zakochaną dobrą mamusię, to Pain z samego wyglądu pretenduje na skurwiela miesiąca. I myślę, że gdyby oni byli super hiper normalną parą, co w przypadku "filozofii" Paina jest niemożliwe, to byłoby to strasznie przesłodzone i nierealne.
      Wiesz, są takie akcje, że nie ma innego wyjścia, niż żeby były przewidywalne ^^"
      Moc + mimo wszystko Konan jest dla niego kimś ważnym, więc bierze pod uwagę jej zdanie.
      Nieprawda, są trzy! Zostaje w Akatsuki z jego planem, wynosi się, albo zostaje i zabija Aiko. Ty jesteś oszust xD
      Kurka, rozpisałam się, a to powinno wynikać z tekstu xd Cóż, lubię sobie pogadać z ludźmi, których interesuje ten temat co mnie.
      Postaram się Cię nie zawieść kolejnym rozdziałem!
      Dziękuję za komentarz i czytanie :*

      Usuń

Dziękuję za każdy komentarz! Wasze komentarze motywują do dalszego pisania :)